Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Treść - wątki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Treść - wątki. Pokaż wszystkie posty

Pozazdrościłam Beacie Szydło


Tego bonda jej pozazdrościłam. Sympatyczne zaproszenie od niewątpliwie sympatycznego pana ambasadora [1], które według jej własnych słów miało na parę godzin oderwać panią premier od prac nad formowaniem rządu, a które miały stanowić dyplomatyczną odpowiedź na dyplomatyczny gest, ale które nie przekonały mnie za bardzo, bo ja na jej miejscu byłabym tak wymęczona dwoma wyczerpującymi kampaniami wyborczymi, że nawet podwójne zwycięstwo nie uskrzydliłoby mnie na tyle, żeby odmówić sobie byczenia się we własnym domu, bez konieczności oglądania filmu w dość nakrochmalonej dyplomatycznej scenerii.

*

Przez ostatnie miesiące jednak na tyle żywo żyłam sprawami pani Szydło, Beaty Szydło, że kiedy w jednym z supermarketów zobaczyłam pokaźną kolekcję wcześniejszych bondów, w wersjach dvd i bluray, do tego w atrakcyjnych cenach, nie mogłam oprzeć się pokusie zakupienia dwóch bardziej nowych, tych z Danielem Craigiem, którego dotychczas znałam jedynie z teledysku z brytyjską królową, przygotowanego na otwarcie letnich olimpijskich igrzysk [2] w stolicy kraju, któremu z takim oddaniem od tylu lat służy mój niezawodny rówieśnik o kryptonimie 007.

Dziwiłam się wtedy królowej, że taka sztywna tradycjonalistka zgodziła się na udział w takiej luzackiej reklamówce, ale dość szybko przestałam dziwić się, bo przecież czegóż nie robi się dla dobra kraju i królestwa. Królowa osobiście raczej nie idzie z tak zwanym duchem czasu, ale zawierza tym, którzy potrafią przekonać monarchinię, że tak trzeba. Zresztą: jej dzieci i wnuki już dawno stabloidyzowały się, więc cóż jej samej pozostaje robić.

*

Bondów osobiście raczej nie zażywam, bo nie znajduję w nich przyjemności zażywania rozrywki. Natomiast z chęcią i przyjemnością oglądam brytyjskie filmy historyczne, ukazujące dzieje brytyjskich monarchów, szczególnie tych bardziej współczesnych mojemu pokoleniu, wśród których wymieniłabym „Królową” z Helen Mirren oraz „Jak zostać królem” z Colinem Firthem, oraz - świadomie umieszczam ten film w kategorii „królewskie” - „Żelazną damę” z amerykańską Meryl Streep w roli brytyjskiej Margaret Thatcher.

Nie wgłębiam się w historię powstawania takich produkcji, ale nie zdziwiłabym się, gdyby impuls do ich tworzenia wychodził z tych samych ośrodków lub pochodził od tych samych osób, które przekonały królową do poddania się teledyskowej ochronie w wykonaniu najsłynniejszego filmowego agenta Jej Królewskiej Mości.

*

Nie lubię bondów, nigdy tych filmów nie lubiłam, niezależnie od tego, który przystojniak wcielał się w rolę Jamesa B. Zawsze denerwowała mnie mało realistyczna gadżetomania tych filmów, i w ogóle. Teraz, oglądając zakupione w supermarkecie nowsze bondy - „Casino Royale” i „Skyfall” - dodatkowo zżymałam się na mało realistyczną montażomanię tych produkcji, przez którą musiałam oglądać długawe bajki o fruwających nad dachami motocyklach i skaczących po ścianach ludziach. Bondy to bajki, czyli bujdy.

Dodatkowo zniesmaczała mnie wszechobecna w nich beztroska rozwiązłość obyczajowa oraz niepotrzebne dosadne sceny okrucieństwa. Dziwiłam się delikatnej, inteligentnej i przyzwoitej znajomej piętnastolatce, do tego bardzo wrażliwej artystycznie, że lubi takie filmy. Prawdę powiedziawszy, kierując się jej rekomendacją kupiłam pierwszy z wymienionych, który po obejrzeniu uznałam za szczególnie głupawy. Drugi natomiast, bardziej strawny, wybrałam kierując się rekomendacją królowej, która zgodziła się zabawiać w spadanie z nieba w towarzystwie Daniela Craiga.

*

Dostrzegam jednak pewien walor tych filmów: dosyć dziwaczną, ale być może skuteczną, promocję brytyjskiego patriotyzmu. Być może młodzi poddani Jej Królewskiej Mości oglądając bondy łykają bakcyla pracy w służbach specjalnych na rzecz królowej i królestwa. W moim przekonaniu byłby to jedyny sens robienia tych filmów. Ciekawe, czy podobna motywacja kierowała literackim twórcą postaci agenta 007, Ianem Flemingiem, który sam zawodowo przeszedł przez brytyjskie służby wywiadowcze.

Jeśli o mnie idzie, chociaż nie posiadam doświadczenia w działalności na rzecz naszych służb specjalnych, być może jednak jakiś sensacyjny wątek powinnam dołączyć do swojej powieści nr 2, do której pewnie będę powoli wracać po niedawnych internetowych bojach wyborczych. Dla patriotycznego pokrzepienia serc być może warto byłoby stworzyć polskiego Bonda, Jamesa Bonda, który rekrutowałby młodych ludzi do odnowionej sekretnej służby na rzecz Jej Wysokości Ojczyzny. Jutro pomyślę o tym.


15.11.2015


.

Byłam nauczycielem, ale nie zaciągałam się


1. Od określenia przyjaciółka moja przyjaciółka woli określenie przyjaciel. Być może dlatego, że pracując na wyższej uczelni nazywana jest nauczycielem akademickim, a nie akademicką nauczycielką. Rzeczowniki męskiego rodzaju rzeczywiście niosą w sobie większą powagę i dostojeństwo. Może dlatego również ja wolę o sobie mówić jako o byłym nauczycielu, nawet jeśli nie akademickim, a nie o byłej nauczycielce, nawet jeśli licealnej, szczególnie że tą ostatnią tak jakby nie byłam.

2. Siedem lat po ukończeniu studiów i podjęciu pracy bawiłam za oceanem u mojej kanadyjskiej rodziny [Kanada, czyli pomarańcze przeciw dolarom], która wszędzie dumnie przedstawiała mnie jako teachera szkoły średniej z dalekiego kraju, co mnie deprymowało, jako że nie bardzo rozumiałam, czym tu się było chwalić, dopóki nie pojęłam, że rodzina moją pozycję społeczną mierzyła miarą kanadyjską, a nie polską. Ta ostatnia miara natomiast nie pozwoliła mi podczas pobytu na kanadyjskiej ziemi na zakup pewnej zabawnej cieniutkiej książeczki, świetnego pastiszu słynnej bajki, na którą miałam pieniądze, jako że stryj sowicie wyposażał mnie w środki finansowe na moje własne potrzeby, ale której cena po przeliczeniu na złote okazała się równa mojej ówczesnej podstawowej miesięcznej pensji nauczycielskiej. Nauczyłam się więc tamtej historyjki na pamięć, a książeczkę sprowadziłam sobie do kraju trzydzieści lat później, za trzydzieści polskich złotych.

3. Wyższe studia wybrały mnie, praca również mnie wybrała. Kierunek przyszłych studiów wyskoczył bowiem z tabelki, którą sobie opracowałam w klasie maturalnej, a która zawierała około dziesięć potencjalnych kierunków, które mogłabym studiować, poczynając od etnografii, poprzez matematykę, na medycynie kończąc, oraz punktację w skali od jednego do dziesięciu, przy pomocy której każdą z możliwości oceniałam pod względem takich kryteriów wyboru, jak moje przygotowanie do wstępnych egzaminów, stopień mojego zainteresowania studiami, stopień trudności studiów, perspektywy późniejszego zatrudnienia, i tym podobne. No i wyszło, co wyszło [Pan Nowak, albo motyw drogi w literaturze amerykańskiej]. Natomiast po zdobyciu przeze mnie dyplomu deficytowego kierunku, szkolnictwo skusiło mnie szybką perspektywą otrzymania dobra podobnie deficytowego, jakim było wtedy własne mieszkanie. I tak zostałam nauczycielem.

4. Umowa przyznająca prawo do mieszkania zobowiązywała mnie do przepracowania w szkolnictwie pięciu lat, jednak z rozpędu przepracowałam piętnaście, po których stwierdziłam, że było to pięć lat za dużo. Zgodziłam się wtedy z obserwacjami Piotra Wierzbickiego zawartymi w napotkanej mniej więcej w tym samym czasie książeczce jego autorstwa „Entuzjasta w szkole”, że po dziesięciu latach pracy karierę nauczycielską należy definitywnie zakończyć, aby uniknąć zawodowego wypalenia i ogłupienia. Szkoła wysysa bowiem z nauczyciela życiowe soki i wpędza w martwą rutynę. Na szczęście, tak jak kiedyś same studia mnie wybrały, a później praca, podobnie praca w szkole sama mnie porzuciła. Nieco wcześniej bowiem, na fali zapoczątkowanej przełomową ustawą Wilczka z roku 1988, radykalnie liberalizującą dotychczasową peerelowską gospodarkę, i będącą cichym przygotowaniem do transformacji ustrojowej planowanej w zaciszu partyjnych komitetów, wzięłam swoje sprawy we własne ręce.

5. Pomimo daleko idącej przychylności dyrekcji szkoły, której zależało na moim pozostaniu w pracy, co oznaczało zatrudnienie jedynie na część etatu i przymykanie oczu na częste nieobecności, nie dało się połączyć zajęć dydaktycznych w szkole z prowadzeniem dynamicznie rozwijającej się firmy. Dyrekcja chciała mnie w szkole zatrzymać, ale widziałam, że nowym rocznikom uczniów nie zależało na nauczycielu, który kosztem lekcji spędzał czas na jakichś targach, przetargach, i tym podobnych. Zerwanie z nauczycielstwem stało się więc bardzo łatwe, gdyż jedynie uczniowie mogliby zatrzymać mnie w szkole, nigdy bowiem nie byłam ani entuzjastą, ani entuzjastką szkoły jako takiej. Jedynie kontakt z uczniami, odmierzany czterdziestoma pięcioma minutami, które miałam do wyłącznej dyspozycji, nasze sam na sam, twarzą w twarz, oko w oko, ja sama naprzeciw nich, stanowił najciekawszy aspekt pracy w szkole. Każda lekcja w każdej chwili mogła stać się rundą bokserskiego meczu odmierzaną dzwonkami jak gongiem. Boksu nie lubię, ale zmaganie się z uczniami lubiłam [Poemat dydaktyczny].

6. Kiedy uczyłam w szkole, nie miałam żadnego planu wychowawczego, natomiast całkiem świadomie starałam się być człowiekiem dla ludzi. Zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo sfeudalizowane były relacje między uczniami i nauczycielami, starałam się na swoich lekcjach dawać uczniom oddech wolności, bez żadnych deklamacji z mojej strony na ten temat. Po prostu byłam. Uczyłam swojego przedmiotu, ale też, kiedy było to możliwe, rozmawiałam z klasą, z pozycji moich religijnych przekonań oraz solidarnościowych zaangażowań, na temat tego, co myślę o różnych sprawach, oraz na temat tego, co działo się w Polsce lat osiemdziesiątych. Po latach jedna z dawnych uczennic powiedziała, że to, co kiedyś powiedziałam na lekcji, uratowało ją przed złem, na którego progu wtedy stała. Zupełnie nie byłam świadoma jej życiowej sytuacji i zupełnie nie pamiętałam ani tamtej lekcji, ani tamtych słów. Mówiłam, co uważałam za słuszne. Rzucałam słowa na wiatr, który niósł je tam, gdzie miały trafić.

7. Przeprowadziłam kiedyś ankietę wśród swoich uczniów na temat tego, jaki aspekt życia szkolnego jest dla nich najważniejszy, co w szkole najwięcej im daje. We wszystkich klasach na pierwszym miejscu postawiono kontakt z rówieśnikami. Od siebie nawzajem uczyli się najwięcej. Nie dane mi jednak było opiekować się żadną taką klasową wspólnotą, nigdy nie przydzielono mi bowiem wychowawstwa, chociaż zdarzyło się, że jedna z klas wręcz zabiegała o to u dyrekcji. Czy odmowa wynikała z moich religijnych i politycznych przekonań, czy z podejrzenia, że nie będę za bardzo skrupulatnie prowadziła klasowej dokumentacji w formie dzienników i tym podobnych, czy z obawy, że sama nie chodząc na pochody pierwszomajowe, nie dopilnuję uczestnictwa w nich mojej klasy - tego wszystkiego nie wiem. Nie, bo nie” - tak odpowiedziano tamtej klasie. Wychowawstwo być może byłoby ciekawym doświadczeniem, ale z powodu jego braku nie rozpaczałam, jako że nigdy, jak sądziłam, za bardzo szkołą się nie zaciągnęłam.

8. W latach dziewięćdziesiątych zaczęto nazywać mnie businesswoman, dziwiąc się często mojej wolcie nie tyle od pracy w szkole, czy od czynnego angażowania się w życie polityczne nowego czasu, co bardziej od zaangażowań religijnych z lat osiemdziesiątych, w stronę działalności biznesowej. Ja sama, mając określać swój zasadniczy zawód, podawałam ten wpisany do dyplomu uniwersyteckiego, ale równie często, bardzo świadomie, określałam siebie mianem nauczyciela. Nie szkoleniowca w swojej dziedzinie, czym się częściowo nadal zajmowałam, ale właśnie - nauczyciela, ze wszystkimi tego określenia konsekwencjami. Nie chciałam być nauczycielem, ale widocznie nauczycielem zostałam. Czy ktoś, kto swoim słowem uratował uczniowi życie, może być kimś innym?

9. Czy szkolna przeszłość znajdzie odbicie w mojej powieści nr 2? W tej chwili nie mam żadnego pomysłu na wykorzystanie tego doświadczenia, być może poza jednym wątkiem, a właściwie wizją, która przyszła do mnie pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy dyplomem wyższej uczelni zakończyłam swój własny szkolny maraton, i miałam znowu wrócić do szkoły, do tego do szkoły, którą niewiele lat wcześniej ukończyłam, aby spłacić państwu haracz za otrzymane mieszkanie. Poczułam wtedy, że zaczyna się kolejny egzamin, który będzie sprawdzianem dorosłości. Oczami wyobraźni zobaczyłam sporą grupę osób ustawiających się piętrowo do zdjęcia na tle mojej starej nowej szkoły. Wszyscy zasadniczo stali już na swoich miejscach, na jakichś ławeczkach, jedni niżej, inni wyżej, jedni bardziej na lewo, inni bardziej na prawo, jeszcze inni w centrum grupy, tylko ja nie mogłam jeszcze zdecydować się, w którym miejscu chcę stanąć. Wybór miejsca był ważny, gdyż miałam poczucie, że pozycja i postawa, które teraz, na początku nowego rozdziału życia wybiorę i przyjmę, zostaną na tej fotografii uwiecznione na wieczność. Patrząc z perspektywy czasu, dokonałam wtedy dobrego wyboru. Czyżbym chcąc nie chcąc, jednak zaciągnęła się?


14.06.2016


.

Nie ma nic


Prawie dziesięć lat temu założyłam osobiste konto na portalu nasza-klasa.pl, głównie z tego powodu, że pierwsze piętnaście lat kariery zawodowej przepracowałam jako nauczyciel licealny, i kiedy pojawił się szeroko dostępny internet, a wraz z nim wspomniany portal, wyczytałam gdzieś, że strasznie się tam obrabia tyłki dawnym nauczycielom, i że jedynym sposobem, aby swój ocalić, jest zarejestrować się i wpisać w charakterze nauczyciela w profilu każdej klasy, w której uczyło się, żeby dawni uczniowie mieli świadomość, że ich wypowiedzi są obserwowane.

Nie bardzo wierzyłam, że ktoś będzie chciał mój tyłek obrabiać, ponieważ miałam opinię nauczyciela wyjątkowo sprawiedliwego, więc sądziłam, że uczniowie po latach odpłacą mi tym samym, czyli pięknym za piękne. Czy tak by się stało, trudno powiedzieć, gdyż - zresztą jako jeden z bardzo nielicznych dawnych nauczycieli - profilaktycznie ujawniłam się w każdej klasie, którą uczyłam, więc nie dowiedziałam się, co dawni uczniowie myślą o mnie, i na wszelki wypadek nadal czuwam tam nad swoim nauczycielskim honorem, nawet teraz, kiedy - po paru latach sentymentalnej euforii - życie towarzyskie na tym wspomnieniowym portalu zamarło prawie całkowicie.

*

Podczas studiów uniwersyteckich, jako nowo przyjęta studentka pierwszego roku, miałam szczęście zostać przydzieloną do bardzo pogodnej grupy, o wysokim wskaźniku poczucia humoru, którą wspominam z sentymentem. Kiedy więc rozgościłam się na dobre na portalu z naszą klasą w nazwie, na który przyszłam w obronie swojego zawodowego tego i owego, oraz kiedy dzięki temu w tym samym miejscu internetu pozakładałam wszystko, co było do pozakładania, czyli różne konta, profile, galerie i fora w szkołach i klasach, których sama byłam kiedyś uczennicą, oraz kiedy pojawili się tam również moi dawni koledzy i dawne koleżanki ze szkół podstawowej [Nigdy nie byłemi średniej [Stalowe magnolie], zatęskniłam za znajomymi z czasu studiów.

Wpisałam się więc na tym samym szkolnym portalu na wszystkie istniejące listy absolwentów mojego kierunku, utworzone na koncie mojej dawnej uczelni, do dzisiaj zasadniczo pozostając na nich jedyną przedstawicielką tamtego pokolenia, poza jednym kolegą z roku, który nieco później wpisał się na jedną z nich, może po prostu po to, żebym nie tkwiła tam jak samotny kołek, oraz poza jedną koleżanką z roku, która wpisała się jeszcze później na tę samą listę, być może tylko dlatego, że wcześniej wpisał się na nią ten kolega.

Nie wiem, co przez ostatnie czterdzieści lat działo się z ludźmi z mojej grupy, czy z mojego roku, czy też szerzej z mojego pokolenia, a znajomych na tym naszym niewielkim i ekskluzywnym kierunku miałam sporo, poza pięcioma, z którymi nadal mam bliższy lub dalszy kontakt, oraz poza kilkoma, o których mogę obecnie znaleźć jakąś informację w internecie, a czasami nawet posłuchać ich publicznych wypowiedzi.

Tęsknię za ludźmi z tamtego czasu, ale nie sądzę, żeby w tym życiu dane było nam jeszcze wspólnie spotkać się, gdyż z tego co wiem, po zakończeniu studiów nikt z naszej grupy nigdy nie próbował skrzyknąć całości na jakieś spotkanie. Był więc jedynie nasz wspólny rok pierwszy, drugi czy trzeci, a jeszcze przedtem wspólna i obowiązkowa tak zwana praktyka robotnicza na tak zwanym roku zerowym, tuż przed rozpoczęciem studiów, zorganizowana na kształt peerelowskich letnich hufców pracy, która szczęśliwie była zdecydowanie szczęśliwym czasem, tak sympatycznie i wesoło przeżytym na łonie natury przy pielęgnacji młodego lasu, jak sympatyczna i wesoła była nasza grupa, oraz jak sympatyczny był opiekun naszych miesięcznych leśnych praktyk robotniczych, zresztą językoznawca w stopniu docenta. A potem były już tylko dwa ostatnie szybkie lata studiów, rozbite na seminaria magisterskie poza grupą, szybkie absolutorium, szybkie indywidualne obrony prac magisterskich, szukanie pracy, zakładanie rodzin, szybkie wyjazdy w różnych kierunkach z miasta naszych wspólnych studiów, i tyle siebie widzieliśmy [Szóste piętro, siódme niebo].

*

Z tej nostalgii pomyślałam więc, że zaproszę ich wszystkich do siebie. Zaproszę ich do wspólnej przygody, którą dla nas wymyślę w mojej powieści nr 2. Nie opiszę żadnej z prawdziwych, zresztą nie aż tak licznych, wspólnych akcji z czasu studiów, ale wymyślę przygodę całkiem nową, której początek stanowić będzie tamta sesja egzaminacyjna chyba kończąca nasz drugi rok studiów, kiedy zauważyłam na korytarzu instytutu dwóch złodziei. Udało mi się wtedy ostrzec koleżanki i kolegów zaaferowanych egzaminami, a złodziei skutecznie przepłoszyć [Ten smród], ale w mojej powieści dojdzie jednak do poważnej kradzieży, po której całą grupą ruszymy w pościg za jej sprawcami. Nie wiem jeszcze co się w tej historii wydarzy, ale wiem, że miasto będzie całe w łagodnym słońcu, tak jak tamtego dnia. I że podobną łagodność, jasność i ciepło będzie miał w sobie każdy z nas. I że będzie wesoło, tak jak zawsze bywało.


06.06.2016


.

Inwigilacja w naszej wiosce


Ukośne ściany z równo ułożonych długich gałęzi wspartych na prostej konstrukcji z drewnianych żerdzi, za spoinę mające wysuszoną gliniastą papkę. Chaty w naszej wiosce, to właśnie takie mało szczelne szałasy, a czaty prowadzone w takich chatach bywają bardzo dobrze słyszalne na zewnątrz.

Również niewielkie otwory w pochyłych ścianach, windows pierwszej generacji, przesłaniane błonami z wysuszonych rybich pęcherzy lub bydlęcych jelit, stanowiące dopiero zaczątek prawdziwych okien, nie stwarzają wystarczającej zapory ani przed ciekawskimi uszami, ani przed ciekawskimi oczami.

Życie w naszej globalnej wiosce początku dwudziestego pierwszego wieku, z jej miejscami do czatowania, z jej chatami o przenikalnych ścianach, z systemem okien, którym bardzo daleko do pancernych systemów przyszłości, niczym nie różni się od prymitywnej wiejskiej osady sprzed stu, dwustu, tysiąca czy miliona lat w świecie zwanym realnym.

Nie tylko podsłuchać i podpatrzyć łatwo. Włamanie do wnętrza szałasowej chaty również nie stanowi żadnej trudności. Wystarczy podkraść się w pobliże, żeby bez problemu wykraść nie tylko wypowiadane w nich sekrety mieszkańców, ale również magazynowane w nich osobiste skarby. Tajemnice każdej z nich, nawet tej najlepiej strzeżonej, w każdej chwili z łatwością mogą wycieknąć na zewnątrz, bez konieczności fizycznego wyłamywania czegokolwiek. Wystarczy złamanie kodu zabezpieczeń.

*

Siedzę więc w swoim szałasie zbudowanym na wirtualnym poletku, które dał mi w użytkowanie, albo jakby za darmo, albo nie za darmo, możniejszy ode mnie, bardziej rzutki, jak to od wieków między ludźmi bywa, ryzykant, który wcześniej zdobył i zajął fragment tego naszego nowego świata, tego kiedyś dziewiczego terytorium, zwanego międzysiecią.

Żyję więc na swoim kawałku internetu i opowiadam siebie u siebie, mieląc i młócąc bitami osobistych informacji. Nie podaję otwarcie kim jestem poza siatką połączeń pomiędzy komputerami, poza naszą elektroniczno-informatyczną wioską, ale przecież wiem, że jestem tak samo bezbronna, jak mieszkańcy szałasów z gałęzi sprzed stu, dwustu, tysiąca czy miliona lat. Tak samo jak oni, jestem wystawiona na ryzyko podsłuchu, monitorowania, włamania, których skutki mogę bardzo dotkliwie odczuć również w świecie rzeczywistym.

Właśnie. Czy świat nazywany wirtualnym rzeczywiście jest nierzeczywistością? Czy człowieka, który żyje w tych dwóch wymiarach, można przepołowić? Czy swoją osobą nie łączy tych dwóch światów, nie spaja ich w jedno? Czy sieć osób połączonych siecią komputerów nie jest wartością nadrzędną w stosunku do przepływających między komputerami bitów informacji? Nawet jeśli te osoby kryją się za maskami wymyślonych, a nie nadanych od urodzenia - imion, nazwisk, nazw czy cyfr?

W jaki sposób człowiek przeżywa ten nowy dwoisty świat? Oto dobry wątek do mojej powieści nr 2. Jak jednak opisać ten nowy świat, w jaki sposób literacko opisać internet? Czy w tej mojej chacie z gałęzi, czy w naszej społeczności międzysieci na samym początku rozwoju, czy w tej naszej wiosce może powstać dzieło sztuki? Dzieło sztuki wyższej od funkcjonalnej sztuki społeczności zwanych pierwotnymi? Sztuki wyższej od służącej jedynie prymitywnemu magicznemu oswajaniu obcego świata, nierozpoznanego jeszcze przez lud epoki szałasów? Czy w tych warunkach można stworzyć dzieło sztuki, które potrafi przeniknąć ten nowy świat refleksją wyższą i głębszą? Do takich oto przemyśleń doprowadziła mnie zasłyszana niedawno informacja dotycząca inwigilacji blogerów niniejszego portalu. No cóż, lubię sobie czasem porozmyślać. Homo sapiens, to brzmi dobrze.


28.05.2016


.

Kawa na dzień dobry


Oto prostokąt największy i ostateczny, o charakterze zewnętrznej ramy, a może właściwiej byłoby nazwać go ramką, obramowaniem zamykającym w sobie całość i stanowiącym tej całości granice górną i dolną, a także obie granice boczne, przebiegający zasadniczo pionowo, chociaż wzrokowi na pierwszy rzut oka jawiący się jako poziomy, podzielony na pola mniejsze, czyli na wiele małych pionowych prostokątów jednakowej wielkości, wypełniających wspomniane zewnętrzne obramowanie, w którego górnej części, nad siatką owych małych pionowych pól, umieszczono poziomo kilka innych, tym razem podłużnych, celowo wyróżnionych dla podkreślenia ich specjalnej funkcji.

Obramowanie obejmuje rozległobiałe tło, gęsto pokryte różnorodnymi zmiennymi konfiguracjami, tworzonymi przy pomocy około stu niewielkich czarnych znaków, które zapełniając każdy z małych prostokątów, tych licznych pionowych i tych podłużnych u góry, automatycznie wypełniają sobą prawie cały świetliście rozjarzony największy z nich, ową ramkę czy ramę, zamykającą w sobie całość tej kompozycji w kolorach bieli tła i czerni znaków, z dekoracyjnymi dodatkami w niebieskości, czerwoności i szarości.

Całość zawiera inne jeszcze fragmenty o podobnie regularnych geometrycznych kształtach, ale ponieważ zasadniczy charakter nadaje jej opisana siatka małych prostokątnych pól harmonijnie zorganizowanych w poziome rzędy i pionowe kolumny, dlatego graficzną charakterystykę całości zakończę w tym właśnie miejscu, przechodząc do refleksji nad wnętrzem takiego małego czworoboku umiejscowionego wśród innych o takim samym podstawowym charakterze, różniących się jednak konfiguracjami wypełniających je czarnych znaków, konfiguracjami zmieniającymi się co jakiś czas, co dzień albo co kilka dni, ale też co dni kilkanaście, czy nawet jeszcze rzadziej, a czasami nawet częściej niż codziennie, chociaż inaczej dzieje się z krótkim szeregiem znaków, tym razem w kolorze niebieskim oraz o nieco pogrubionym kroju, szeregiem całkowicie niezmiennym, zawsze takim samym dla danego pola, będącym jego charakterystycznym wyróżnikiem umieszczonym w lewej dolnej części takiej małej równobocznie zorganizowanej powierzchni.

*

Rozpoznaję inność każdego z małych prostokątów, którą zwięźle sygnalizuje stały szereg znaków w jego dolnej części. Z powodu istnienia tych małych prostokątnych płaszczyzn szukam w moim świecie, w moim domu, w moim pokoju tego ciemnego obramowania wypełnionego białoświetlistym tłem, na którym mogę je zobaczyć, a co więcej mogę spotkać się z każdym z nich wchodząc do jego wnętrza, które wtedy rośnie, powiększa się, aż do wypełnienia sobą całości, poza którą jest już tylko okno mojego pokoju wychodzące na śródmiejski park, znajdujący się od ponad stu lat naprzeciwko kamienicy, w której mieszkam.

Powoli na powrót przenoszę wzrok z zieleni parku, z jego kwiecistym centralnym klombem, na biurko po mojej stronie okna, na świetlisty czworobok stojący na nim, tuż przed moimi oczyma. Jesteśmy sam na sam, ja i on wypełniony czyimiś indywidualnymi myślami, które moja myśl rozpoznaje, z którymi moja myśl może zgadzać się lub nie, ale które zawsze dają do myślenia, jeśli nie o szerokim świecie, którego cząstkę spostrzegam przez okno pokoju wychodzące na park, to na pewno o tym, na co patrzę poprzez małe prostokątne okno prowadzące w głąb tego jedynego w swoim rodzaju równoległoboku dającego do myślenia o wnętrzu, w którym jestem. Czytam jego myśli i myślę o nim - dobrze albo nie za dobrze, a nawet może całkiem źle. Czasami zdarza mi się poinformować go poprzez system czarnych znaków, które umieszczam na jego powierzchni, na jego polu, na jego terytorium: - Czytam cię.

Czytam myśli bytów zamkniętych w geometrycznych kształtach, studiuję inność każdego z nich, wyczuwam temperament, rozpoznaję charakter, staram się domyślać życia, jakim każdy z nich żyje poza białą świetlistością prostokątnej powierzchni, przed którą gdzieś zasiada tak, jak tutaj ja, i w którą czasami wpatruje się tak, jak teraz ja. Zróżnicowane konfiguracje małych czarnych znaków uszeregowanych jeden za drugim, a potem w poziomych liniach, biegnących jedna pod drugą, wypełniając każde takie indywidualne pole komunikują mi, kim każde z nich może być, czym każde z nich może żyć, co każdemu z nich może grać w duszy zamkniętej w równobocznej kompozycji. Dlatego nie mówię, że czytam co napisałeś czy napisałaś, ale że czytam - ciebie.

*

Siebie tutaj piszę również, wypełniam sobą swoje prostokątne terytorium, pozwalam tobie czytać mnie, kiedykolwiek zechcesz, chociaż wiem, że kawa poranna najbardziej sprzyja takiej lekturze. Szeregi czarnych umownych znaków ułożonych w szeregi umownych słów, z których następnie buduję ciągi zdań, wypełniając swoimi myślami prostokąt, którym tutaj jestem, tym jedynym, oznaczonym odpowiednio uporządkowanym stałym szeregiem niezmiennie zbudowanym z tych samych jedenastu znaków wybranych ze zbioru tradycyjnie nazywanego alfabetem, a kiedyś nawet abecadłem: prowincjałka.

Nie wiem, kto mnie czyta, chociaż o tobie już wiem, że lubisz mnie czytać przy porannej kawie. Każda twoja obecność zostawia ślad, który z kolei ja odczytuję, i z którego mogę domyślić się, że odwiedziłeś lub odwiedziłaś mnie przy kawie porannej wypijanej, jak sobie wyobrażam, a czasami wręcz wiem, w domu, albo w pracy, albo w szybkiej kafejce, a może gdzieś w drodze, w pociągu lub autobusie, na przykład takich, w których nie można zamówić żadnego napoju. Wiem, że najbardziej mogę smakować z poranną kawą, ale ukryta w swoim prostokącie nie zawsze pojawiam się tutaj o tej właśnie porannej porze, ponieważ zakładam, że ktoś może wolałby przeczytać mnie u schyłku dnia, przy wieczornej filiżance herbaty, lampce koniaku, czy kubku ziółek zaparzonych na dobranoc.

*

Szereg stałych znaków zaczerpniętych z alfabetu, którymi podpisywała swoją obecność, układał się w inne słowo, ale ja na potrzeby mojej powieści nr 2, którą na swoim równobocznym polu wytrwale tutaj układam ze znaków i myśli, nazwę ją - Stellą. Inny prostokąt, który Stellę zamorduje, a może jedynie uprowadzi i uwięzi, będzie nosił imię - Andrzej, chociaż tutaj identyfikuje go całkiem inny szereg znaków, niekoniecznie będących elementami alfabetu.

Jako uważna czytelniczka prostokątnych pól, zauważę dłuższe milczenie jednego z nich, zazwyczaj bardzo rozmownego, i kiedy nieobecność Stelli będzie niepokojąco przedłużać się, przypomnę sobie i odtworzę rozmowy, które Andrzej tutaj toczył ze Stellą, co nie będzie trudne, gdyż nasze czworokątne i czworoboczne powierzchnie wypełnione przestrzennie myślami ujętymi w ciągi czarnych znaków nie giną. I nabiorę podejrzeń co do losu Stelli oraz co do udziału Andrzeja w tym losie, a swoją o tym opowieść zacznę tak: Oto prostokąt największy i ostateczny, o charakterze zewnętrznej ramy, a może właściwiej byłoby nazwać ją ramką, obramowaniem zamykającym w sobie całość i stanowiącym tej całości granice górną i dolną, a także obie granice boczne.


24.03.2016


.

Duszne klimaty


Podczas pewnej rozmowy, prowadzonej w języku angielskim, spytano mnie, skąd mam taki ładny filadelfijski akcent,  na co zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie wiem, i że nigdy nie byłam w pobliżu tego miasta, ani nawet nie widziałam znanego filmu z jego nazwą w tytule. Zaintrygowana zainteresowałam się wspomnianym regionalnym wariantem amerykańskiej angielszczyzny, ku własnemu rozbawieniu, gdyż dotąd byłam przekonana, że mówię z akcentem brytyjskim, który ćwierć wieku wcześniej, podczas innej rozmowy, określono nawet mianem oksfordzkiego. Gdzie Oxford, gdzie Filadelfia - gdzie Atlantyk między nimi.

Znajomy anglista, przy pomocy którego postanowiłam rozwiązać zagadkę swojego aktualnego akcentu, powiedział, że podobno w okolicach Filadelfii przetrwała angielszczyzna siedemnastowieczna, którą posługiwali się ówcześni brytyjscy koloniści, a mnie od razu zrobiło się miło, że moje spontaniczne zamiłowanie do językowych staroci obejmuje nie tylko mowę ojczystą, w której mam zauważalną tendencję do posługiwania się językiem nie sięgającym być może wieku siedemnastego, ale jednak nie najnowocześniejszym, czego przykładem może być słowo duszny w jego przestarzałym znaczeniu duchowy lub psychiczny, którego właśnie użyłam w tytule notki poświęconej duchom.

O duchach pisałam lub wspominałam - kilkakrotnie. Sztandarowym tekstem w tym względzie pozostaje bezkonkurencyjny [Czesiek], ale w innych tekstach różne duchy również mają swój udział, na przykład duch mojego ciotecznego dziadka Iwana [Ciamcialamcia], czy duch pewnej nieszczęśliwie zakochanej wiejskiej nauczycielki [Taki pejzaż]. Co prawda bardziej interesują mnie dusze niż duchy (rozumiane jako zjawy), ale cóż mogę poradzić na to, że - w sposób niezależny ode mnie - zjawiły się one kiedyś w historiach, które tutaj opowiadam. Prawdę powiedziawszy, duchy (rozumiane jako różne od ludzi, wyłącznie duchowe istoty, czyli anioły lub demony) również pojawiły się w jednym z moich tekstów [Czasami upadam], ponieważ wcześniej zrobiły to samo w opowiadanych tam historiach, a ja piszę prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, gdyż niczego innego pisać nie potrafię.

*

- Czy wiesz, że masz w domu ducha? - spytała znajoma goszcząca u mnie po raz pierwszy, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć, ponieważ duch Cześka, jak mi się wydawało, dom mój opuścił jeszcze przed moim narodzeniem. Od słowa do słowa okazało się, że moja znajoma sama z siebie, bez żadnych specjalnych zabiegów, słuchowo doświadcza obecności duchów, co – będąc osobą poważną – skonsultowała swego czasu z uznanym kościelnym egzorcystą. Jednym słowem, moja znajoma – słyszy duchy. Duch, który przemówił do niej w mojej łazience, kiedy wyciągnęła rękę po jeden ze stojących na półce wacików do czyszczenia uszu, odezwał się kobiecym głosem, przyjaznym i nieco rozbawionym: - Widzę, co robisz!

Ciekawe, z czego wynikało rozbawienie w głosie ducha. Być może z pogody ducha, którym odznaczała się za życia moja mama, bo najprawdopodobniej właśnie jej obecności doświadczyła moja znajoma podczas wieczornej toalety. Nigdy duchów nie wywoływałam, ale tego ducha chyba jednak przywołałam jakiś czas przed opisanym zdarzeniem, prosząc moją nieżyjącą mamę, żeby przypilnowała obecnie mojego, a kiedyś swojego mieszkania, ponieważ czułam się w nim osaczona przez wścibskość pewnej osoby, o której nie będę tutaj pisać.

Osoba, o której nie chcę pisać, za życia mojej mamy jej również dawała się we znaki. Prosząc mamę o pomoc wiedziałam, że ona sama będzie doskonale wiedziała, co zrobić, jednak zdecydowałam się na wyrażenie pewnej sugestii: - Najlepiej jej się pokaż! - poradziłam bezlitośnie. Czy pokazała się osobie, o której nie będę tutaj pisać - nie wiem. Nie wiem również, dlaczego audialnie objawiła się mojemu miłemu gościowi, do którego dyspozycji stało całe mieszkanie, a więc również moje waciki do uszu.

*

Przy innej okazji znajoma od duchów próbowała pomóc mi w wyjaśnieniu przypadku pojawiania się innej postaci, którą dość regularnie widywała na mojej klatce schodowej udająca się do mnie schodami pewna klientka. Kilka razy, stojąc u podnóża wysokich schodów, widziała na półpiętrze mężczyznę w płaszczu i kapeluszu, który to mężczyzna znikał, gdy ona do tego półpiętra dochodziła.

Ciekawe, dlaczego znajoma od duchów spytała, czy mój zmarły ojciec nosił kapelusz. Nosił - kapelusze, czapki z daszkiem, czasami berety. Dlaczego jednak miałby stać na tym półpiętrze i pokazywać się nieznanej zapewne osobie? A może - z własnej inicjatywy - pilnował wejścia do mojego mieszkania, znajdującego się tuż-tuż, na piętrze?

Nie wiem, jak to jest z odczuwalną obecnością zmarłych osób, ale skoro modlimy się o wieczny dla niech odpoczynek, to nie powinniśmy tego odpoczynku naruszać. Tak więc uznałam przywoływanie na pomoc zmarłej mamy za niewłaściwe i odwołałam swoje wcześniejsze prośby, a za jej duszę odmówiłam stosowną modlitwę. Sama będę sobie radzić ze wścibstwem osoby, o której tutaj nie napiszę.

*

Czy do swojej powieści nr 2 wprowadzę duszne klimaty? A cóż tutaj wprowadzać, skoro duchy same już się do niej wprowadziły. Wszystko natomiast opiszę swoją nie najnowocześniejszą, pełną długich zdań polszczyzną, która jednak ma szansę znaleźć amatorów, skoro prozę takiego żyjącego sto lat temu Anatola France'a ceniła w swojej młodości moja bardzo żywotna, obdarzona dużym temperamentem, ówczesna przyjaciółka, a ceniła ją głównie - jak mówiła - za powolną narrację i rozwlekły styl. A swoją drogą, kto dziś pamięta, czyta i wydaje noblistę France'a, powszechnie uznawanego za literackiego geniusza swojej - nie tak odległej - epoki? Nie inaczej pewnie będzie z moją powieścią nr 2, nawet jeśli napiszę ją po filadelfijsku.


27.04.2015


.

Judaica


Mając kilkanaście lat mogłam w pewnym okresie uchodzić za młodszą siostrę Boba Dylana z tamtych czasów: łączył nas kształt głowy i rysy twarzy, podobnie uformowane czoła i podobnie zarysowane łuki brwi. Poza tym - jego i moje krótkie włosy wydawały układać się w podobny sposób. Jeśli przypomnę, że artysta z domu wyniósł nazwisko Zimmerman, wszystko będzie wiadome.

*

Zdarzało się, choć nie często, że wmawiano mi w młodości żydowskie pochodzenie, co nie robiło na mnie większego wrażenia. Nie lubiłam jednak, kiedy niechcący zmieniano ostatnią literę mojego bardzo rzadkiego nazwiska z -a na -e, dociekając przy okazji, czy nie jestem córką niemieckich autochtonów, którzy po wojnie uniknęli wysiedlenia z tutejszych ziem zwanych odzyskanymi. Nie lubiłam również, kiedy z kolei przypisywano mnie do powojennej fali przymusowych ukraińskich przesiedleńców przybyłych na tutejsze ziemie, jeśli komuś -a na końcu mojego nazwiska zabrzmiało jak -o.

Nie sądzę, żeby w moich żyłach płynęła żydowska krew, chociaż ojca mojego ojca, czyli mojego dziadka, podolskiego chłopa polskiego pochodzenia, przezywano dawno temu, na początku dwudziestego wieku, na tymże kresowym Podolu - żydkiem. Nazywali go tak niechętni mu polscy współrodacy, nie tyle za to, że prowadził interesy z Żydami, ani że nauczył się ich języka, żeby wiedzieć o czym między sobą mówią, ale że jako przedsiębiorca był w interesach skuteczniejszy od miejscowych Żydów [„Żydek z pieniążkiem”, czyli taniec z przodkami].

Zdarzało się również, tym razem na kresowej Grodzieńszczyźnie, niedługo przed drugą wojną światową, że na ulicy Żydzi zagadywali po żydowsku moją mamę, sądząc, że jest jedną z nich. Natomiast kiedy pewnego razu jedna z sióstr mamy otworzyła drzwi chodzącemu po kolędzie nowemu wikaremu, ten cofnął się, przepraszając, że nie wiedział, że w tym domu mieszkają Żydzi.

Mama ze swoją okrągłą twarzą i niedużym nosem zupełnie nie przypominała Boba Dylana, natomiast jej siostra o nieco podłużnej twarzy i nieco haczykowatym nosie była podobna do swojego ojca a mojego drugiego dziadka, oficera carskiej armii oraz potomka polskiej rodziny należącej do kresowej szlachty zaściankowej. Najciekawsze jednak, że dom, w którym mieszkała rodzina mamy sąsiadował podczas wojny przez płot z placówką niemieckiego gestapo i żadnemu z gestapowców nie przyszło na myśl podejrzewać mamę czy ciocię o żydowskie pochodzenie.

Z opowieści mamy z czasu niemieckiej okupacji zapamiętałam dwa wydarzenia, kiedy po rozległych aresztowaniach przed jej rodzinnym domem przechodziła kolumna pędzonych w nieznane wylęknionych Żydów. Ryzykując, że może zostać rozstrzelana na miejscu, moja babcia podała przechodzącej żydowskiej kobiecie bochenek, w odpowiedzi na jej błagalne: - Pani, chleba! - Innym razem inna żydowska kobieta, przechodząc przed domem babci w podobnej kolumnie idącej na zatracenie, rzuciła w jej stronę z nienawiścią: - Wasze też się skończy!

*

Ważne! Duży potencjał beletrystyczny. Zarysowane powyżej wątki wykorzystać wielowątkowo w powieści nr 2.


06.04.2015


.

Ten smród


W oku mam miarkę, w uchu też. Zauważam półmilimetrowe odchylenia w pionie i poziomie. Zdarza mi się zauważyć również złodzieja, a nawet dwóch, jak wtedy w wypełnionym studentami małym holu, kiedy wyszłam z windy na korytarz instytutu mojej filologii, pełen osób zaaferowanych toczącą się właśnie sesją egzaminacyjną, i od razu zauważyłam dwóch tamtych. Nie dlatego, że nie wyglądali na studentów, ponieważ śmiało mogli być studentami, ale z jakiegoś innego powodu nie spuszczałam z nich wzroku - nie zdając sobie sprawy dlaczego to robię. Być może swoją uwagę przykleiłam do nich dlatego, gdyż zawsze wszystko interesowało mnie bardziej niż sesje egzaminacyjne. Kiedy w pewnym momencie przystąpili do dyskretnego obmacywania niedbale porzuconych płaszczy, kurtek i torebek zalegających stoliki szkolne ustawione jeden przy drugim wzdłuż ścian, zrezygnowałam z dyskrecji i zaczęłam ostentacyjnie patrzeć na dwie pary niespokojnych dłoni, jednocześnie przemieszczając się od grupki do grupki i ostrzegając nieprzytomnych z przejęcia egzaminami koleżanki i kolegów. Ponieważ sama nie byłabym w stanie złapać tamtych dwóch na gorącym uczynku, trzymałam ich na smyczy swojego wzroku tak długo, aż spłoszeni uciekli windą z miejsca zamierzonego przestępstwa.

Ściany korytarza w naszym instytucie [Szóste piętro, siódme niebo] zapełniały wielkie tablice z miękkiej płyty paździerzowej, na których pinezkami i szpileczkami przypinano liczne ogłoszenia. Tamtych dwóch, kiedy wysiadałam z windy, wpatrywało się w tablicę, której nikt nigdy nie czytał. Nie wiedziałam, co zawierają kartki na niej wiszące. Na dobrą sprawę niczego wtedy nie wiedziałam. Moje oko po prostu zauważyło nieprawidłowość, mój wzrok wychwycił odchylenie od normy - i natychmiast przekazał sygnał dalej. Zaalarmowany mózg dokonał reszty, przesyłając komunikat do świadomości. Potem sprawdziłam, w co z takim zainteresowaniem wczytywali się tamci: była to wystukana na maszynie do pisania i spłowiała ze starości instrukcja postępowania na wypadek pożaru.

*

W niedzielne popołudnie, kiedy w okolicznych kościołach zakończone zostaną główne niedzielne celebracje, stara część mojego miasta zamiera na długą obiadową porę. Parę miesięcy temu, gdy w takim czasie w opustoszałym śródmieściu samotnie przechodziłam przez puste podziemne przejście, moje ucho wyłowiło odgłos cichych kroków za moimi plecami, a mój słuch zaalarmował mózg: kroki zbliżają się zbyt szybko. Osoba idąca z przodu - jak ja - miałaby psychologiczną podstawę do przyspieszenia kroku, ale nie ktoś idący za nią. Kroki nie spieszyły się na autobus czy na spotkanie. Słychać było, że dążą do zrównania się ze mną. Mój mózg już pracował, już oceniał sytuację. Świadomość została postawiona w stan alarmu: torebka! Na długim pasku, przewieszona w poprzek ciała, nie była łatwym łupem. Pchnięcie i przewrócenie mnie od tyłu nie byłoby więc dobrym rozwiązaniem, o czym doświadczony napastnik wiedziałby z góry. Można jednak w pozycji stojącej spróbować poddusić ofiarę leżącym na ramieniu paskiem od torebki, ale czynność ta, jak i późniejsze wyłuskiwanie łupu, pochłania zbyt dużo czasu. Pasek można by przeciąć przygotowanymi wcześniej nożycami, ale również w tym przypadku traci się sporo czasu na szarpaninę i co najważniejsze, marnuje się efekt zaskoczenia osłabiający siły obronne ofiary.

Mówią, że należy unikać kontaktu wzrokowego z mijanymi na ulicy podejrzanymi osobnikami, żeby nie prowokować ich do agresji. Osoba podążająca za mną podziemnym tunelem wiedziała już o moim istnieniu i miała już w stosunku do mnie plan. Frontalna konfrontacja była więc nieunikniona. Kiedy kroki wyraźnie zmniejszyły dzielący nas dystans w wymiarze podłużnym i poprzecznym w stosunku do osi tunelu, zbliżając się na odległość naruszającą moje poczucie bezpieczeństwa, niespodziewanie odwróciłam się ukosem w bok i w tył, i spojrzałam uważnym spokojnym wzrokiem w miejsce, gdzie spodziewałam się napotkać twarz idącego za mną człowieka. Precyzyjnie wymierzona linia wzroku trafiła od razu na oczy patrzące na mnie spod dresowego kaptura.

Przez kilka sekund szliśmy obok siebie, trzymając się nawzajem na uwięzi oczu. Nie patrzyłam, ale widziałam. To znaczy nie wpatrywałam się, ale zauważałam: szczupłą sylwetkę, szarą i starą dresową bluzę z kapturem głęboko naciągniętym nad oczy, szare i stare spodnie noszące wyblakły odcień dawnej zielonkawości, miękkie sportowe buty – znoszone i brudnawe. Strój był nijaki, tak jak nijaka była twarz tego chłopaka, którą spokojnie i wnikliwie skanowałam wzrokiem, bez nadziei na zapamiętanie tej nijakości, ale z nadzieją, że on nie jest tego świadomy. Zapisuję pamięciowy portret twojej twarzy – mówiłam bez słów.

Byliśmy już na schodach kończących podziemny korytarz, kiedy chłopak przyspieszył i zniknął za ich ostatnim stopniem, zostawiając za sobą potężne pasmo smrodu długo niemytej pupy, zmieszanego z odorem pokrywającego całe ciało zestarzałego łoju, który głęboko wżarł się w okrywające je ubranie. Podobnie, ale nie tak intensywnie, cuchnęły koce, pod którymi kiedyś spałam w milicyjnym areszcie [Ukochany kraj, umiłowany kraj]. Zachowując niezmieniony krok doszłam do szczytu schodów. Chłopak stał opodal i wyraźnie czekał na mnie na wyludnionej ulicy. Świeże powietrze na otwartej przestrzeni jedynie nieznacznie rozrzedziło ogon smrodu, który pozostawił za sobą. Zaczynało mi to śmierdzieć psychopatią.

Skręcając w bok, w niewielki zaułek prowadzący w kierunku wejścia do mojej kamienicy zauważyłam, że ten smród ruszył w tę samą stronę, wyprzedzając mnie i obserwując przez ramię. Widząc, co się święci, cofnęłam się, jakbym sobie przypomniała, że mam coś jeszcze do załatwienia, żeby tylko pozostać na otwartej przestrzeni szerokiego trotuaru. Smród cofnął się również. Podobny uliczny kontredans tańczyłam kiedyś ze śledzącymi mnie esbekami, przez dobrą godzinę wodząc ich za sobą po mieście. Tym razem akcja trwała może minutę. Cofając się zauważyłam mały całodobowy sklepik spożywczy, o którego istnieniu zapomniałam, gdyż prawie nigdy nie robię tam zakupów. Weszłam do środka i podeszłam do lady. Kiedy zobaczyłam, że smród staje za mną, ostentacyjnie ustąpiłam mu miejsca, udając, że szukam czegoś na stojaku przy drzwiach. Co dalej? - pomyślałam, nie spuszczając z oka cuchnącego chłopaka. Cichutko przygotowałam w dłoni klucz do drzwi kamienicy. Kiedy on całą swoją uwagę skierował na gazowane napoje w wielkich plastikowych butelkach, zapominając na chwilę o mnie, bezgłośnie wyszłam ze sklepu, skręciłam szybko w swój zaułeczek, całą sobą nasłuchując podążających za mną kroków. Cisza. Nie tracąc czasu na rozglądanie się, szybko otworzyłam wejściowe drzwi i jeszcze szybciej zatrzasnęłam je za sobą.

*

Współczesnej młodzieży brak jest dawnej kindersztuby. Teraz, kiedy nie mogę pozostawać dłużej w pozycji stojącej, odnotowuję to szczególnie boleśnie w środkach miejskiej komunikacji, z których czasami korzystam. Rzadko kiedy młody człowiek zajmujący siedzące miejsce zrezygnuje ze swojej wygody na rzecz człowieka starszego.

Tym bardziej zaskoczona byłam szybką reakcją chłopaka, który zerwał się z miejsca znajdującego się za plecami kierowcy, kiedy kilka dni potem, w godzinie szczytu, w zatłoczonym mieście przednimi drzwiami wdrapywałam się do wypełnionego ludźmi autobusu: - Proszę, niech pani siada. - rzucił i sprężyście skierował się w głąb pojazdu. Naciągnięty nad oczy kaptur dresowej kurtki, wytarte szarozielonkawe spodnie, ciche sportowe buty oraz ciągnący się za nim przez całą długość autobusu potworny fetor z dominującą nutą znajomego smrodu bardzo długo niemytej pupy.

Co było dalej? Nikt z pasażerów, włącznie ze mną, nie połakomił się na zwolnione miejsce, a chłopak wysiadł na tym samym przystanku, co ja. Skręcając w stronę podziemnego przejścia prowadzącego do mojego domu,  minęłam go opartego obojętnie o mur w pobliżu przystanku, tak jakby czekał na następny autobus. Spod opuszczonego kaptura patrzył na świat. Czy ruszył za mną? Chyba nie, gdyż żaden ze zmysłów nie zaalarmował mojej świadomości: ani węch, ani słuch, ani wzrok, ani nawet to coś, co nazywamy zmysłem szóstym.

Dlaczego więc piszę o tym smrodzie? Ponieważ było to mocne doświadczenie, które chciałabym włączyć do swojej powieści nr 2. Literatura piękna pełna jest obrazów - opisy miejsc i postaci są konieczne. Jednak ponoć najgłębiej angażują czytelnika opisy zapachów [Zmysł węchu, okno duszy]. Potrafią być jak nóż, jednym wprawnym cięciem wbijający się w sam rdzeń naszej emocjonalności. Mogłabym - na przykład - stworzyć postać notorycznego złodzieja obezwładniającego ofiary swoim odorem. Może nawet napisałabym olfaktoryczną powieść na miarę Pachnidła, którego nie czytałam i nie przeczytam, ponieważ raczej nie czytuję książek, tylko je co najwyżej wącham [Taki charakter]. Zauważono to wiele lat temu, i od tamtego czasu nic się nie zmieniło i nie zmieni - poza tym, że sama zaczęłam pisać. Może więc kiedyś ktoś to moje dzieło też obwącha?


01.02.2015


.

Z krainy czarów


Kolejność porannego korzystania z węzła sanitarnego odpowiada kolejności zakwaterowania w sali chorych. Doświadczonym uczestnikom szpitalnych subkultur nie trzeba tego tłumaczyć. Nowicjusze natomiast zostają szybko pouczeni przez szpitalne wygi w kwestii hierarchii pacjentów dzielących jedną salę. Byłam nowicjuszem, więc wiem, jak jest. Całkiem niedawno - po raz pierwszy w życiu - otrzymałam skierowanie do szpitala w celu wykonania rozległej palety specjalistycznych badań diagnostycznych, które wraz z towarzyszącymi zabiegami zajęły trzy tygodnie mojego życia.


KUCHNIA

Najpoważniejszym problemem jest szpitalna kuchnia. Z podawanych posiłków mam wybierać to, co mogę jeść - zaleca lekarz prowadzący. Tak więc dość często nie mam co jeść. Skromne posiłki są zasadniczo zróżnicowane i smaczne, ale przeładowane węglowodanami. Uruchamiam więc kanał prywatnych dostaw, którymi wypełniam dużą część lodówki na moim piętrze. Ponieważ pacjenci nie mają dostępu do oddziałowej kuchenki, jestem skazana na suchą formę prowiantu, co skutkuje odczuwalnym znerwicowaniem żołądka, któremu udziela się również nerwowa atmosfera towarzysząca podawaniu i spożywaniu posiłków.

Ogólna atmosfera na niewielkim oddziale w niewielkim szpitalu jest bardzo sympatyczna, ale kiedy przychodzą pory posiłków, moje pierwsze skojarzenia biegną w stronę dawnych filmów wojennych z niemieckim obozem koncentracyjnym w roli głównej. Na moim piętrze posiłki podawane są w przytulnej jadalni na dwanaście osób, tyle bowiem łóżek znajduje się w czterech schludnych sypialniach. Nie sceneria więc, ale wewnętrzne nerwowe napięcie sprowadza na mnie koncentracyjne skojarzenia, których pewnie nie podzieliłaby większość moich współpacjentów, zaprawiona w codziennej walce o byt.

Szybka posiłkowa musztra, zrozumiała w wykonaniu jednej lub dwóch salowych, które muszą szybko obsłużyć wszystkich pacjentów, również fizycznie mniej sprawnych, leżących na dolnym piętrze, gdzie posiłki rozwozi się do pokojów, zadziwia jednak w wykonaniu samych pacjentów, którzy po porannych zabiegach nie mają dokąd się spieszyć. Zadziwia, ale również udziela, kiedy zwracam uwagę nowicjuszowi, który nieświadomie usiadł w jadalni na moim miejscu, pytając go wypraszająco - pół żartem, ale pół serio - dlaczego zajął moje miejsce, mój kawałek stolika, moje pole walki o byt.


SYPIALNIA

Głównym polem walki jest przede wszystkim szpitalne łóżko, do którego jest się nie tylko przypisanym, ale czasami wręcz - przykutym. Moje stoi w szeregu czterech jednakowych - starych, metalowych, ale wygodnych, nie po raz pierwszy odmalowanych na biało. Mały powiatowy szpital leżący poza granicami mojego województwa nie jest zamożny, ale oddział na którym przebywam zapewnia solidną i - co ważne - ludzką opiekę medyczną, lepszą niż w niejednym szpitalu wielkomiejskim.

Wspólna sypialnia - jak wspólna cela - zbliża, łączy, integruje. Ze współchorymi z sypialni można chodzić na posiłki i na spacery. Tutaj toczy się większość rozmów, co wynika bardziej z sąsiedztwa łóżek, w których lub na których spędza się większość czasu, niż ze wspólnoty zainteresowań czy podobieństwa charakterów.

Pierwszego dnia pobytu w szpitalu trafiam do sali nad wyraz zintegrowanej, na której wyraźne piętno odbiły dwie szpitalne wygi, z którymi mijam się w progu przy okazji mojego zakwaterowania, a ich wypisywania ze szpitala, a których duch pozostaje w powietrzu na dłużej.

Ponieważ z założenia nie szukam szczególnego zbliżenia ze współmieszkankami, ograniczając się jedynie do kulturalnej poprawności, wyraźnie odczuwam swoją pozycję nowicjusza i outsidera, szczególnie w świetle toczonych przez dwie pozostające panie niekończących się rozmów o wszystkim i o niczym, oraz w świetle męczarni, jakie sprawia mi grające non stop radio jednej z nich.


SALON

Radio włączone przez cały dzień - to jeden z nałogów współpacjentów, z którym trzeba jakoś nauczyć się współżyć. Nie decyduję się na oficjalną skargę w tej sprawie, chociaż moje prywatne prośby o ciszę spełzają na niczym, nawet jeśli adresowane są do osób potencjalnie kulturalnych i dobrze wychowanych. Podobnie jak uwagi kierowane do palaczy roznoszących wokół siebie tytoniowy smród papierosów nielegalnie wypalanych na tarasie, pod moim oknem. W mojej sali nie ma jednak palaczy - na szczęście.

Innym nałogiem, który konsekwentnie zwalczam, ile razy przejawi się w mojej obecności, jest histeryczne nadawanie na niedobry PiS oraz na niedobrego Jarosława Kaczyńskiego w szczególności. W tej dziedzinie odnoszę nawet sukcesy, pewnie na zasadzie wywołania reakcji szokowej, że ktoś w ogóle - i to ktoś ogólnie niegłupi - może Kaczyńskiego brać w obronę. Z nudów oglądam wraz z innymi wieczorne programy informacyjne w telewizorze ustawionym w holu, czego w domu nie robię z powodu nieposiadania takiego urządzenia i po raz kolejny przestaję dziwić się poglądom tych moich współobywateli, którzy dobrowolnie dają sobie sączyć medialny jad do głów.

To jest trochę jak z panią, która zostaje skierowana do mojej sali na miejsce właścicielki grającego non stop radia. Z książeczek, które czyta domyślam się, że jest świadkiem Jehowy, ale na szczęście nie prowadzi aktywnej działalności misyjnej. Dopiero w dniu mojego wyjścia ze szpitala, wiedząc, że jestem praktykującą katoliczką, przyjmującą w szpitalu Komunię i uczestniczącą w niedzielnej Eucharystii, pozwala sobie na uwagę, że ona nie potrzebuje pośrednictwa Kościoła do rozumienia Słowa Bożego.

Mówi, że kiedy była katoliczką, nie rozumiała Pisma Świętego. Dopiero kiedy zaczęła czytać pisemka i książeczki wydawane przez Świadków Jehowy, zaczęła pojmować Biblię. Kiedy zwracam jej uwagę, że opiera się na cudzym pośrednictwie, na nauce i publikacjach swojej grupy wyznaniowej, a nie na własnej wiedzy, podobnie jak ja, kiedy słucham nauki mojego Kościoła, oponuje twierdząc, że Pismo Święte rozumie sama z siebie. Pamiętam, że wcześniej zwierzała się, że jest z wykształcenia fryzjerką, że egzamin zawodowy zdawała kiedyś dawno w moim mieście, i że strzyżenie i ondulację zdała na czwórkę, z czego jest bardzo dumna, ale do egzaminu z farbiarstwa już nie podeszła, gdyż to zbyt trudna dziedzina.

PRZEDPOKÓJ

Nie tylko z braku czasu, gdyż jedną nogą jestem już poza szpitalem, czekając na znajomego, który odwiezie mnie do domu, nie zadaję mojej rozmówczyni pytania, która dziedzina wiedzy jest trudniejsza: farbiarstwo fryzjerskie czy szeroko pojęte studia biblijne.

Wcześniej przymykam uszy na rozmowność moich innych współmieszkanek, w czym wydatnie pomaga mi odtwarzacz filmów oraz słuchawki na uszach, a także świadomość, że ja mam swój blog, na którym mogę snuć swoje opowieści, a one mają jedynie takie sytuacje, jak ta – szpitalna. Od czasu do czasu udzielam więc im swojego ucha, dowiadując się nawet ciekawych rzeczy, głównie o chorobach, co kiedyś może przydać się praktycznie, gdyż imponująco szczegółowa paleta badań diagnostycznych nie wykluczyła potencjalnego zagrożenia chorobą czającą się w moim organizmie.

Ale dowiaduję się również, że pani śpiąca ze mną łóżko w łóżko, pół wieku temu przez jeden rok mieszkała ze mną drzwi w drzwi, wynajmując pokój u naszych sąsiadów. Ona miała wtedy lat dwadzieścia dwa, ja miałam lat dziesięć, i nie pamiętamy siebie nawzajem, jako że nasze ówczesne światy nie przystawały do siebie.

Od właścicielki wiecznie włączonego radia, która z czasem życzliwie użycza mi przedłużacza do mojego odtwarzacza filmów, dowiaduję się, jak należy smażyć ryby, żeby nie gotowały się na patelni, i żeby nie oblepiały się za bardzo ciastem, w którym się je obtacza.

Natomiast jej szpitalna kumpela, jedna z elegantszych kobiet, jakie w życiu spotkałam, a mam na myśli rodzaj naturalnej niewymuszonej elegancji, kiedy nasza integracja ponad różnicami osiągnęła poziom pewnej serdeczności, kilkakrotnie wyraziła uznanie dla profilu mojej głowy, o którym nie miałam dotychczas wielkiego mniemania, sprawiając mi tym radość, choćby jedynie o chwilowym charakterze, gdyż wiem, że grozi mi chorobowy przerost nosa.

GENIUS LOCI

Tak więc daje się zauważyć ogólną tendencję do powstrzymywania się od eskalacji większych lub mniejszych konfliktów, czemu wydatnie sprzyja bardzo zrównoważona postawa personelu. Wszyscy wychodzą pewnie z założenia, że walka o zdrowie i życie jest naczelnym motywem pobytu w szpitalu, i że wobec tej perspektywy nieistotne są spory polityczne, religijne, światopoglądowe, czy inne. Nawet odwieczny spór pomiędzy zwolennikami przebywania w świeżym chłodku oraz miłośnikami zamieszkiwania w ciepłym smrodku znajduje - w mojej sali - kompromisowe rozwiązanie.

Podczas pobytu w szpitalu poznaję kilka osób niosących w sobie nie jedną, ale wiele chorób, które w każdej chwili mogą stać się również moim udziałem, gdyż taki jest charakter schorzeń autoimmunologicznych, i którym od wielu lat w sposób heroiczny stawiają czoła i za cud uważają, że jeszcze żyją. Szpital staje się więc dla mnie szkołą i pokory, i dzielności. Być może nie powinnam więc pisać o krainie czarów, ale o krainie - cudów? Ponieważ jednak moje imię kojarzy się wielu z krainą czarów, to i ja temu skojarzeniu ulegam.

No i jest jeszcze „Czarodziejska góra” Tomasza Manna, którą przeczytałam wiele lat temu jako osobistą lekturę obowiązkową podczas swojego pierwszego (i prawie jedynego) pobytu w sanatorium, i której ani treści, ani wymowy już nie pamiętam, ale do której być może nawiążę, umieszczając tegoroczny epizod szpitalny w swojej powieści nr 2. Bo czemuż by nie?


14.12.2014


.

Czucie


To nie było dawno - trzydzieści lat temu? - i był to moment krótki jak błysk flesza, w którym zobaczyłam trzy cyfry wskazujące liczbę ziemskich lat życia: mojej niemłodej już mamy, bliskiej mi wtedy osoby oraz mnie samej. Około piętnaście lat później mama przeszła na drugą stronę życia zgodnie z przeczuciem, które stało się moim udziałem, natomiast dwie pozostałe cyfry, które dzielił tylko jeden rok różnicy, poplątały mi się, i nie pamiętam już dokładnie ile lat mam jeszcze przed sobą - rok więcej, czy rok mniej.
 
Nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ wiem, że żyję w rzeczywistości dynamicznej, w której wszystko może się jeszcze zmienić. Wprawdzie Biblia mówi, że „miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt” (Ps 90, 10), ale przecież młodsi, a nawet dużo młodsi, też umierają. Nie robię więc zbyt dalekosiężnych planów, lecz tamtą cyfrę (z dopuszczalnym błędem jednego roku) biorę w jakiś sposób pod uwagę.
 
Inne - bardzo niedawne - przeczucie utwierdziło mnie w przekonaniu o dynamizmie rzeczywistości. Poczułam bowiem, że mogłabym umrzeć już teraz, nie dożywszy wieku biblijnego, ponieważ moje dalsze życie może wiązać się z nieprzewidywalnymi w tej chwili okolicznościami, które dla osoby starej mogą być więcej niż trudne. Wybrałam jednak życie tutaj - póki co - choćby po to, żeby zobaczyć, co czeka mnie za następnym zakrętem drogi [Sprzedaj mnie wiatrowi].
 
* 
 
Znam historię mojego kontynentu, mojego kraju i mojej rodziny. W życie moich rodziców bezpośrednio wplotły się dwie okrutne wojny światowe, parę pomniejszych wojen lokalnych, również okrutnych, oraz jedna okrutna rewolucja. Nasz skrawek europejskiego kontynentu ciągle znaczony był wojnami. Z zadziwieniem patrzyłam więc na swoje życie: czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat bez wojny. Dziękowałam Panu Bogu za bezwojnie i drżałam na myśl, że ten stan może się kiedyś skończyć, bo dlaczego mielibyśmy być bardziej szczęśni niż inne - pogrążone w działaniach wojennych - nieszczęsne narody?
 
 
A więc: wojna! Dodaję kolejny motyw do mojej powieści nr 2.



07.09.2014


.

Mniej mnie


Mąż mojej dawnej dobrej sąsiadki, a mój dawny dobry sąsiad, znany jako złota rączka, pedant ceniący pedanterię, lubił przedstawiać mnie swoim znajomym jako kobietę, która ma wszystko na swoim miejscu, a także lubił na powitanie objąć mnie w pół i mocno przytulić, czemu zawsze towarzyszył chrzęst chrząsteczek w moim wiotkim ciele. Któregoś razu, przyciągnąwszy mnie do siebie jak zawsze, zatrzymał rękę na mojej talii dłużej niż zwykle, po czym z niedowierzaniem przesunął ją po plecach, macając delikatnie ich dół i górę, jak maca się gąskę, żeby sprawdzić, czy już dojrzała do rzezi. - No, nareszcie masz ciało jak kobieta! - powiedział z uznaniem, a ja przyznałam eufemistycznie, że faktycznie ostatnio ciała nieco mi przybyło.

*

Sytuacja z sąsiadem powtórzyła się kilkakrotnie, a było to prawie ćwierć wieku temu, w pierwszych latach Transformacji, kiedy po peerelowskiej biedzie sklepy zapełniły się towarami, a moja kieszeń wypełniła się złotówkami zarobionymi w ładnie rozwijającej się firmie prowadzonej przeze mnie na własny rachunek. Zaczęłam wtedy dobrze jeść. Dobrze - to za mało powiedziane. Zaczęłam jeść - za dobrze. Po latach chudych przyszły lata tłuste i moje chude ciało zaczął wypełniać tłuszcz.

Dziesięć lat później, kiedy po tłustych latach biznesowych przyszły na mnie lata chude, moja systematycznie zyskująca na wadze firma niespodziewanie wagę drastycznie straciła. Ja natomiast na wadze nadal przybierałam, jedząc byle co, byle jak, byle kiedy. Mówiąc dosadnie - objadałam się. Mówiąc dosadniej - obżerałam się. Straciłam umiejętność - odżywiania się. Wpychałam w siebie jedzenie z nawyku, z kłopotów, z depresji. [Zmęczenie]

Najpierwsze ostrzeżenie, pochodzące od mojego dobrego sąsiada, zlekceważyłam. Któregoś razu, dwadzieścia lat temu, przygarnąwszy mnie jak zwykle chrząknął tylko znacząco i nic nie powiedział, a ja poczułam, jak jego dłoń zamknęła się na pierwszych wałeczkach tłuszczu na mojej talii. Nie zlekceważyłam natomiast ostrzeżenia ostatniego, które przyszło do mnie dwa lata temu. Pewien lekarz specjalista w opinii o moim stanie zdrowia na pierwszym miejscu zdiagnozowanych chorób wpisał otyłość, co początkowo odebrałam jako żart: otyłość to mankament urody, a nie choroba. Ale na tym oficjalnym druku opatrzonym pieczątkami stało wyraźnie: chora na otyłość.

*

Byłam w życiu w różnych mrocznych zakątkach ludzkiego losu, wśród których znalazła się również otyłość, choroba naszych czasów. Łaska wyprowadzała mnie z innych ślepych uliczek moich życiowych doświadczeń, łaska wyprowadziła mnie również z tej ślepej uliczki. W ciągu ostatnich dwóch lat straciłam prawie wszystkie kilogramy nadwagi, które narosły na mnie przez dwa poprzednie dziesięciolecia.

Moja nadwaga zmniejszyła się z trzydziestu trzech do trzech kilogramów, które być może powinnam zachować, żeby mój dawny dobry sąsiad, znany jako złota rączka, jeśli kiedyś będzie nam dane spotkać się znowu, mógł tym bardziej powiedzieć że Alicja jest kobietą, która ma wszystko na swoim miejscu: tak ciało, jak młotki, obcęgi, kombinerki, śrubokręty, przebijaki, dłuta, imadła, piłki do drewna i metalu, packi murarskie, szpachlówki oraz inne pomniejsze narzędzia odziedziczone po ojcu, które od czterdziestu lat trzymam ładnie ułożone w specjalnym pudełku i użyczam sąsiadom w potrzebie.

*

Oto jeszcze jedna opowiastka, której wcześniej - dwa, cztery, sześć lat temu – z oczywistych względów nie mogłabym napisać. Musiałam schudnąć do puenty [Kuchnia polska]. Czy nowy wątek mojej autobiografii - wątek otyłości - mogłabym włączyć do swojej powieści nr 2? A czemuż by nie. W tej branży wszystko jest na sprzedaż.


29.03.2014


.