Szukaj na tym blogu

manifest programowy:

Mówi się, że dopiero druga powieść początkującego pisarza, nawet jeśli publikacja pierwszej zakończyła się wydawniczym sukcesem, ukazuje prawdziwą jakość jego lub jej pisarstwa. Pomyślałam więc, czemu nie miałabym skrócić i uprościć tej procedury, zaczynając swoją pisarską karierę od razu od powieści nr 2 - co właśnie czynię.

Oto mój program. Oto mój plan pracy twórczej nad pierwszą książką. Oto wstępny wykaz zagadnień do przemyślenia: Autor. Tytuł. Okładka - strona przednia. Okładka – strona tylna. Okładka – część grzbietowa. Okładka – skrzydełka. Okładka - biogram autora. Strona tytułowa. Stopka redakcyjna. Wstęp krytycznoliteracki. Słowo odautorskie. Podziękowania. Treść – poetyka. Treść – czas. Treść – miejsce. Treść – postaci. Treść – wątki. Treść – opisy. Treść – dialogi. Treść – zawiązanie akcji. Treść – rozwiązanie akcji. Posłowie. Bibliografia. Indeks. Ilustracje. Typografia. Cena. Kanały dystrybucji. Akcja promocyjna. Adaptacja filmowa. Prequel. Sequel. Recenzje. Nagrody. Tantiemy.

Do dzieła!


2014 rok


.










































 
 
 
 
 
 
 
 
.

Taki-a-taki tytuł


Powiedziałam mu, że gdybym kiedyś zechciała napisać dłuższy literacki tekst zainspirowany jego życiowymi przypadkami (może powieść, może opowieść, może opowiadanie, bo chyba nie kolejną opowiastkę), to nadałabym tej opowieści taki-a-taki tytuł. Pomysł poparł: - Tak, to jestem cały ja – przyznał.


*


Tak więc uzyskałam ze strony Ha [Lunch wigilijny] [Taniec i różaniec, czyli twardy metal do zgryzienia] akceptację pomysłu na tytuł powieści-opowieści o nim, ale nie wiem, czy ostatecznie główny bohater byłby zadowolony z fabuły, gdyż dotykałaby ona nie tylko jego samego, ale też jego bliskich i najbliższych, którzy siłą rzeczy staliby się współuczestnikami dość surrealistycznej akcji, jako że życie Ha o artystyczny surrealizm się ociera.


Dobrze jest nam dwojgu życzliwie śmiać się z jego życiowych przypadków, ale nie każdy musi mieć zbliżone do naszego poczucie humoru i dystansu w sposobie postrzegania rzeczywistości, szczególnie jeśli odbywa się to w oderwaniu od bardziej codziennych i bardziej przyziemnych wymagań tejże.


Więc na razie jedynie krótki szkic, żeby nie zapomnieć jak to z tym tytułem było. A działo się to w Londynie, gdzie obecnie Ha - mój bliski polski znajomy - mieszka i pracuje, ucząc egzotycznych przybyszów tamtejszego języka. Następująca opowiastka wydarzyła się jednak ćwierć wieku wcześniej, kiedy w czasach, gdy musieliśmy mieć oficjalne pozwolenia na zatrudnienie, po raz pierwszy w życiu udał się z Polski do stolicy Albionu, aby pracując tam na czarno, douczać się miejscowej mowy.


*


Pracę znalazł w restauracji, ale żeby nie być skazanym na brudną robotę ukrytą gdzieś głęboko na zapleczu, posługując się dobrą angielszczyzną pozbawioną polskiego akcentu, podał się za Duńczyka, gdyż jako taki nie potrzebowałby pozwolenia na pracę. Przedstawił się wymyślonym nazwiskiem jako Henrik Lintrup, z duńskim adresem i życiorysem. Zakupił słowniczek języka duńskiego i zaczął udaną karierę przy obsłudze bufetu sałatkowego.


Z natury bezpośredni, towarzyski i sympatyczny, trochę dziecinny i nieco nieprzytomny, szybko zaskarbił sobie życzliwość brytyjskich kolegów. Opowiadał im o swoim życiu w Danii (w której nigdy nie był), odpowiadał na ich pytania o duńskie wyrazy, a jeśli kiedyś zdarzyło się, że podał inny wymyślony wyraz niż poprzednio, wyjaśniał, że pewnie wcześniej podał wersję regionalną.


Proszącym podawał kontakt do siebie w Danii, przyjmował zaproszenia do angielskich domów i modlił się, żeby w restauracji nie pojawił się jakiś prawdziwszy od niego Duńczyk, albo żeby przed pracującymi tamże paroma Polakami nie zdradzić się nawet miną, że rozumie, o czym między sobą mówią.


Koledzy i koleżanki w pracy nie mówili o nim inaczej, niż: The Prince of Denmark. Książę duński. Jak u Szekspira. I to jest tytuł, jaki nadałabym powieści o Henriku Lintrup, który pewnego dnia bez żadnego wyjaśnienia po prostu nie zjawił się w pracy, a wszelki ślad po nim zniknął - zarówno w Anglii, jak i w Danii. A na razie pomysł na tytuł zapisuję tutaj. Być może historia Henrika Lintrupa stanie się kiedyś częścią większej sagi, którą obrośnie moja powieść nr 2



30.11.2020



.

Pozazdrościłam Beacie Szydło


Tego bonda jej pozazdrościłam. Sympatyczne zaproszenie od niewątpliwie sympatycznego pana ambasadora [1], które według jej własnych słów miało na parę godzin oderwać panią premier od prac nad formowaniem rządu, a które miały stanowić dyplomatyczną odpowiedź na dyplomatyczny gest, ale które nie przekonały mnie za bardzo, bo ja na jej miejscu byłabym tak wymęczona dwoma wyczerpującymi kampaniami wyborczymi, że nawet podwójne zwycięstwo nie uskrzydliłoby mnie na tyle, żeby odmówić sobie byczenia się we własnym domu, bez konieczności oglądania filmu w dość nakrochmalonej dyplomatycznej scenerii.

*

Przez ostatnie miesiące jednak na tyle żywo żyłam sprawami pani Szydło, Beaty Szydło, że kiedy w jednym z supermarketów zobaczyłam pokaźną kolekcję wcześniejszych bondów, w wersjach dvd i bluray, do tego w atrakcyjnych cenach, nie mogłam oprzeć się pokusie zakupienia dwóch bardziej nowych, tych z Danielem Craigiem, którego dotychczas znałam jedynie z teledysku z brytyjską królową, przygotowanego na otwarcie letnich olimpijskich igrzysk [2] w stolicy kraju, któremu z takim oddaniem od tylu lat służy mój niezawodny rówieśnik o kryptonimie 007.

Dziwiłam się wtedy królowej, że taka sztywna tradycjonalistka zgodziła się na udział w takiej luzackiej reklamówce, ale dość szybko przestałam dziwić się, bo przecież czegóż nie robi się dla dobra kraju i królestwa. Królowa osobiście raczej nie idzie z tak zwanym duchem czasu, ale zawierza tym, którzy potrafią przekonać monarchinię, że tak trzeba. Zresztą: jej dzieci i wnuki już dawno stabloidyzowały się, więc cóż jej samej pozostaje robić.

*

Bondów osobiście raczej nie zażywam, bo nie znajduję w nich przyjemności zażywania rozrywki. Natomiast z chęcią i przyjemnością oglądam brytyjskie filmy historyczne, ukazujące dzieje brytyjskich monarchów, szczególnie tych bardziej współczesnych mojemu pokoleniu, wśród których wymieniłabym „Królową” z Helen Mirren oraz „Jak zostać królem” z Colinem Firthem, oraz - świadomie umieszczam ten film w kategorii „królewskie” - „Żelazną damę” z amerykańską Meryl Streep w roli brytyjskiej Margaret Thatcher.

Nie wgłębiam się w historię powstawania takich produkcji, ale nie zdziwiłabym się, gdyby impuls do ich tworzenia wychodził z tych samych ośrodków lub pochodził od tych samych osób, które przekonały królową do poddania się teledyskowej ochronie w wykonaniu najsłynniejszego filmowego agenta Jej Królewskiej Mości.

*

Nie lubię bondów, nigdy tych filmów nie lubiłam, niezależnie od tego, który przystojniak wcielał się w rolę Jamesa B. Zawsze denerwowała mnie mało realistyczna gadżetomania tych filmów, i w ogóle. Teraz, oglądając zakupione w supermarkecie nowsze bondy - „Casino Royale” i „Skyfall” - dodatkowo zżymałam się na mało realistyczną montażomanię tych produkcji, przez którą musiałam oglądać długawe bajki o fruwających nad dachami motocyklach i skaczących po ścianach ludziach. Bondy to bajki, czyli bujdy.

Dodatkowo zniesmaczała mnie wszechobecna w nich beztroska rozwiązłość obyczajowa oraz niepotrzebne dosadne sceny okrucieństwa. Dziwiłam się delikatnej, inteligentnej i przyzwoitej znajomej piętnastolatce, do tego bardzo wrażliwej artystycznie, że lubi takie filmy. Prawdę powiedziawszy, kierując się jej rekomendacją kupiłam pierwszy z wymienionych, który po obejrzeniu uznałam za szczególnie głupawy. Drugi natomiast, bardziej strawny, wybrałam kierując się rekomendacją królowej, która zgodziła się zabawiać w spadanie z nieba w towarzystwie Daniela Craiga.

*

Dostrzegam jednak pewien walor tych filmów: dosyć dziwaczną, ale być może skuteczną, promocję brytyjskiego patriotyzmu. Być może młodzi poddani Jej Królewskiej Mości oglądając bondy łykają bakcyla pracy w służbach specjalnych na rzecz królowej i królestwa. W moim przekonaniu byłby to jedyny sens robienia tych filmów. Ciekawe, czy podobna motywacja kierowała literackim twórcą postaci agenta 007, Ianem Flemingiem, który sam zawodowo przeszedł przez brytyjskie służby wywiadowcze.

Jeśli o mnie idzie, chociaż nie posiadam doświadczenia w działalności na rzecz naszych służb specjalnych, być może jednak jakiś sensacyjny wątek powinnam dołączyć do swojej powieści nr 2, do której pewnie będę powoli wracać po niedawnych internetowych bojach wyborczych. Dla patriotycznego pokrzepienia serc być może warto byłoby stworzyć polskiego Bonda, Jamesa Bonda, który rekrutowałby młodych ludzi do odnowionej sekretnej służby na rzecz Jej Wysokości Ojczyzny. Jutro pomyślę o tym.


15.11.2015


.

Byłam nauczycielem, ale nie zaciągałam się


1. Od określenia przyjaciółka moja przyjaciółka woli określenie przyjaciel. Być może dlatego, że pracując na wyższej uczelni nazywana jest nauczycielem akademickim, a nie akademicką nauczycielką. Rzeczowniki męskiego rodzaju rzeczywiście niosą w sobie większą powagę i dostojeństwo. Może dlatego również ja wolę o sobie mówić jako o byłym nauczycielu, nawet jeśli nie akademickim, a nie o byłej nauczycielce, nawet jeśli licealnej, szczególnie że tą ostatnią tak jakby nie byłam.

2. Siedem lat po ukończeniu studiów i podjęciu pracy bawiłam za oceanem u mojej kanadyjskiej rodziny [Kanada, czyli pomarańcze przeciw dolarom], która wszędzie dumnie przedstawiała mnie jako teachera szkoły średniej z dalekiego kraju, co mnie deprymowało, jako że nie bardzo rozumiałam, czym tu się było chwalić, dopóki nie pojęłam, że rodzina moją pozycję społeczną mierzyła miarą kanadyjską, a nie polską. Ta ostatnia miara natomiast nie pozwoliła mi podczas pobytu na kanadyjskiej ziemi na zakup pewnej zabawnej cieniutkiej książeczki, świetnego pastiszu słynnej bajki, na którą miałam pieniądze, jako że stryj sowicie wyposażał mnie w środki finansowe na moje własne potrzeby, ale której cena po przeliczeniu na złote okazała się równa mojej ówczesnej podstawowej miesięcznej pensji nauczycielskiej. Nauczyłam się więc tamtej historyjki na pamięć, a książeczkę sprowadziłam sobie do kraju trzydzieści lat później, za trzydzieści polskich złotych.

3. Wyższe studia wybrały mnie, praca również mnie wybrała. Kierunek przyszłych studiów wyskoczył bowiem z tabelki, którą sobie opracowałam w klasie maturalnej, a która zawierała około dziesięć potencjalnych kierunków, które mogłabym studiować, poczynając od etnografii, poprzez matematykę, na medycynie kończąc, oraz punktację w skali od jednego do dziesięciu, przy pomocy której każdą z możliwości oceniałam pod względem takich kryteriów wyboru, jak moje przygotowanie do wstępnych egzaminów, stopień mojego zainteresowania studiami, stopień trudności studiów, perspektywy późniejszego zatrudnienia, i tym podobne. No i wyszło, co wyszło [Pan Nowak, albo motyw drogi w literaturze amerykańskiej]. Natomiast po zdobyciu przeze mnie dyplomu deficytowego kierunku, szkolnictwo skusiło mnie szybką perspektywą otrzymania dobra podobnie deficytowego, jakim było wtedy własne mieszkanie. I tak zostałam nauczycielem.

4. Umowa przyznająca prawo do mieszkania zobowiązywała mnie do przepracowania w szkolnictwie pięciu lat, jednak z rozpędu przepracowałam piętnaście, po których stwierdziłam, że było to pięć lat za dużo. Zgodziłam się wtedy z obserwacjami Piotra Wierzbickiego zawartymi w napotkanej mniej więcej w tym samym czasie książeczce jego autorstwa „Entuzjasta w szkole”, że po dziesięciu latach pracy karierę nauczycielską należy definitywnie zakończyć, aby uniknąć zawodowego wypalenia i ogłupienia. Szkoła wysysa bowiem z nauczyciela życiowe soki i wpędza w martwą rutynę. Na szczęście, tak jak kiedyś same studia mnie wybrały, a później praca, podobnie praca w szkole sama mnie porzuciła. Nieco wcześniej bowiem, na fali zapoczątkowanej przełomową ustawą Wilczka z roku 1988, radykalnie liberalizującą dotychczasową peerelowską gospodarkę, i będącą cichym przygotowaniem do transformacji ustrojowej planowanej w zaciszu partyjnych komitetów, wzięłam swoje sprawy we własne ręce.

5. Pomimo daleko idącej przychylności dyrekcji szkoły, której zależało na moim pozostaniu w pracy, co oznaczało zatrudnienie jedynie na część etatu i przymykanie oczu na częste nieobecności, nie dało się połączyć zajęć dydaktycznych w szkole z prowadzeniem dynamicznie rozwijającej się firmy. Dyrekcja chciała mnie w szkole zatrzymać, ale widziałam, że nowym rocznikom uczniów nie zależało na nauczycielu, który kosztem lekcji spędzał czas na jakichś targach, przetargach, i tym podobnych. Zerwanie z nauczycielstwem stało się więc bardzo łatwe, gdyż jedynie uczniowie mogliby zatrzymać mnie w szkole, nigdy bowiem nie byłam ani entuzjastą, ani entuzjastką szkoły jako takiej. Jedynie kontakt z uczniami, odmierzany czterdziestoma pięcioma minutami, które miałam do wyłącznej dyspozycji, nasze sam na sam, twarzą w twarz, oko w oko, ja sama naprzeciw nich, stanowił najciekawszy aspekt pracy w szkole. Każda lekcja w każdej chwili mogła stać się rundą bokserskiego meczu odmierzaną dzwonkami jak gongiem. Boksu nie lubię, ale zmaganie się z uczniami lubiłam [Poemat dydaktyczny].

6. Kiedy uczyłam w szkole, nie miałam żadnego planu wychowawczego, natomiast całkiem świadomie starałam się być człowiekiem dla ludzi. Zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo sfeudalizowane były relacje między uczniami i nauczycielami, starałam się na swoich lekcjach dawać uczniom oddech wolności, bez żadnych deklamacji z mojej strony na ten temat. Po prostu byłam. Uczyłam swojego przedmiotu, ale też, kiedy było to możliwe, rozmawiałam z klasą, z pozycji moich religijnych przekonań oraz solidarnościowych zaangażowań, na temat tego, co myślę o różnych sprawach, oraz na temat tego, co działo się w Polsce lat osiemdziesiątych. Po latach jedna z dawnych uczennic powiedziała, że to, co kiedyś powiedziałam na lekcji, uratowało ją przed złem, na którego progu wtedy stała. Zupełnie nie byłam świadoma jej życiowej sytuacji i zupełnie nie pamiętałam ani tamtej lekcji, ani tamtych słów. Mówiłam, co uważałam za słuszne. Rzucałam słowa na wiatr, który niósł je tam, gdzie miały trafić.

7. Przeprowadziłam kiedyś ankietę wśród swoich uczniów na temat tego, jaki aspekt życia szkolnego jest dla nich najważniejszy, co w szkole najwięcej im daje. We wszystkich klasach na pierwszym miejscu postawiono kontakt z rówieśnikami. Od siebie nawzajem uczyli się najwięcej. Nie dane mi jednak było opiekować się żadną taką klasową wspólnotą, nigdy nie przydzielono mi bowiem wychowawstwa, chociaż zdarzyło się, że jedna z klas wręcz zabiegała o to u dyrekcji. Czy odmowa wynikała z moich religijnych i politycznych przekonań, czy z podejrzenia, że nie będę za bardzo skrupulatnie prowadziła klasowej dokumentacji w formie dzienników i tym podobnych, czy z obawy, że sama nie chodząc na pochody pierwszomajowe, nie dopilnuję uczestnictwa w nich mojej klasy - tego wszystkiego nie wiem. Nie, bo nie” - tak odpowiedziano tamtej klasie. Wychowawstwo być może byłoby ciekawym doświadczeniem, ale z powodu jego braku nie rozpaczałam, jako że nigdy, jak sądziłam, za bardzo szkołą się nie zaciągnęłam.

8. W latach dziewięćdziesiątych zaczęto nazywać mnie businesswoman, dziwiąc się często mojej wolcie nie tyle od pracy w szkole, czy od czynnego angażowania się w życie polityczne nowego czasu, co bardziej od zaangażowań religijnych z lat osiemdziesiątych, w stronę działalności biznesowej. Ja sama, mając określać swój zasadniczy zawód, podawałam ten wpisany do dyplomu uniwersyteckiego, ale równie często, bardzo świadomie, określałam siebie mianem nauczyciela. Nie szkoleniowca w swojej dziedzinie, czym się częściowo nadal zajmowałam, ale właśnie - nauczyciela, ze wszystkimi tego określenia konsekwencjami. Nie chciałam być nauczycielem, ale widocznie nauczycielem zostałam. Czy ktoś, kto swoim słowem uratował uczniowi życie, może być kimś innym?

9. Czy szkolna przeszłość znajdzie odbicie w mojej powieści nr 2? W tej chwili nie mam żadnego pomysłu na wykorzystanie tego doświadczenia, być może poza jednym wątkiem, a właściwie wizją, która przyszła do mnie pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy dyplomem wyższej uczelni zakończyłam swój własny szkolny maraton, i miałam znowu wrócić do szkoły, do tego do szkoły, którą niewiele lat wcześniej ukończyłam, aby spłacić państwu haracz za otrzymane mieszkanie. Poczułam wtedy, że zaczyna się kolejny egzamin, który będzie sprawdzianem dorosłości. Oczami wyobraźni zobaczyłam sporą grupę osób ustawiających się piętrowo do zdjęcia na tle mojej starej nowej szkoły. Wszyscy zasadniczo stali już na swoich miejscach, na jakichś ławeczkach, jedni niżej, inni wyżej, jedni bardziej na lewo, inni bardziej na prawo, jeszcze inni w centrum grupy, tylko ja nie mogłam jeszcze zdecydować się, w którym miejscu chcę stanąć. Wybór miejsca był ważny, gdyż miałam poczucie, że pozycja i postawa, które teraz, na początku nowego rozdziału życia wybiorę i przyjmę, zostaną na tej fotografii uwiecznione na wieczność. Patrząc z perspektywy czasu, dokonałam wtedy dobrego wyboru. Czyżbym chcąc nie chcąc, jednak zaciągnęła się?


14.06.2016


.

Nie ma nic


Prawie dziesięć lat temu założyłam osobiste konto na portalu nasza-klasa.pl, głównie z tego powodu, że pierwsze piętnaście lat kariery zawodowej przepracowałam jako nauczyciel licealny, i kiedy pojawił się szeroko dostępny internet, a wraz z nim wspomniany portal, wyczytałam gdzieś, że strasznie się tam obrabia tyłki dawnym nauczycielom, i że jedynym sposobem, aby swój ocalić, jest zarejestrować się i wpisać w charakterze nauczyciela w profilu każdej klasy, w której uczyło się, żeby dawni uczniowie mieli świadomość, że ich wypowiedzi są obserwowane.

Nie bardzo wierzyłam, że ktoś będzie chciał mój tyłek obrabiać, ponieważ miałam opinię nauczyciela wyjątkowo sprawiedliwego, więc sądziłam, że uczniowie po latach odpłacą mi tym samym, czyli pięknym za piękne. Czy tak by się stało, trudno powiedzieć, gdyż - zresztą jako jeden z bardzo nielicznych dawnych nauczycieli - profilaktycznie ujawniłam się w każdej klasie, którą uczyłam, więc nie dowiedziałam się, co dawni uczniowie myślą o mnie, i na wszelki wypadek nadal czuwam tam nad swoim nauczycielskim honorem, nawet teraz, kiedy - po paru latach sentymentalnej euforii - życie towarzyskie na tym wspomnieniowym portalu zamarło prawie całkowicie.

*

Podczas studiów uniwersyteckich, jako nowo przyjęta studentka pierwszego roku, miałam szczęście zostać przydzieloną do bardzo pogodnej grupy, o wysokim wskaźniku poczucia humoru, którą wspominam z sentymentem. Kiedy więc rozgościłam się na dobre na portalu z naszą klasą w nazwie, na który przyszłam w obronie swojego zawodowego tego i owego, oraz kiedy dzięki temu w tym samym miejscu internetu pozakładałam wszystko, co było do pozakładania, czyli różne konta, profile, galerie i fora w szkołach i klasach, których sama byłam kiedyś uczennicą, oraz kiedy pojawili się tam również moi dawni koledzy i dawne koleżanki ze szkół podstawowej [Nigdy nie byłemi średniej [Stalowe magnolie], zatęskniłam za znajomymi z czasu studiów.

Wpisałam się więc na tym samym szkolnym portalu na wszystkie istniejące listy absolwentów mojego kierunku, utworzone na koncie mojej dawnej uczelni, do dzisiaj zasadniczo pozostając na nich jedyną przedstawicielką tamtego pokolenia, poza jednym kolegą z roku, który nieco później wpisał się na jedną z nich, może po prostu po to, żebym nie tkwiła tam jak samotny kołek, oraz poza jedną koleżanką z roku, która wpisała się jeszcze później na tę samą listę, być może tylko dlatego, że wcześniej wpisał się na nią ten kolega.

Nie wiem, co przez ostatnie czterdzieści lat działo się z ludźmi z mojej grupy, czy z mojego roku, czy też szerzej z mojego pokolenia, a znajomych na tym naszym niewielkim i ekskluzywnym kierunku miałam sporo, poza pięcioma, z którymi nadal mam bliższy lub dalszy kontakt, oraz poza kilkoma, o których mogę obecnie znaleźć jakąś informację w internecie, a czasami nawet posłuchać ich publicznych wypowiedzi.

Tęsknię za ludźmi z tamtego czasu, ale nie sądzę, żeby w tym życiu dane było nam jeszcze wspólnie spotkać się, gdyż z tego co wiem, po zakończeniu studiów nikt z naszej grupy nigdy nie próbował skrzyknąć całości na jakieś spotkanie. Był więc jedynie nasz wspólny rok pierwszy, drugi czy trzeci, a jeszcze przedtem wspólna i obowiązkowa tak zwana praktyka robotnicza na tak zwanym roku zerowym, tuż przed rozpoczęciem studiów, zorganizowana na kształt peerelowskich letnich hufców pracy, która szczęśliwie była zdecydowanie szczęśliwym czasem, tak sympatycznie i wesoło przeżytym na łonie natury przy pielęgnacji młodego lasu, jak sympatyczna i wesoła była nasza grupa, oraz jak sympatyczny był opiekun naszych miesięcznych leśnych praktyk robotniczych, zresztą językoznawca w stopniu docenta. A potem były już tylko dwa ostatnie szybkie lata studiów, rozbite na seminaria magisterskie poza grupą, szybkie absolutorium, szybkie indywidualne obrony prac magisterskich, szukanie pracy, zakładanie rodzin, szybkie wyjazdy w różnych kierunkach z miasta naszych wspólnych studiów, i tyle siebie widzieliśmy [Szóste piętro, siódme niebo].

*

Z tej nostalgii pomyślałam więc, że zaproszę ich wszystkich do siebie. Zaproszę ich do wspólnej przygody, którą dla nas wymyślę w mojej powieści nr 2. Nie opiszę żadnej z prawdziwych, zresztą nie aż tak licznych, wspólnych akcji z czasu studiów, ale wymyślę przygodę całkiem nową, której początek stanowić będzie tamta sesja egzaminacyjna chyba kończąca nasz drugi rok studiów, kiedy zauważyłam na korytarzu instytutu dwóch złodziei. Udało mi się wtedy ostrzec koleżanki i kolegów zaaferowanych egzaminami, a złodziei skutecznie przepłoszyć [Ten smród], ale w mojej powieści dojdzie jednak do poważnej kradzieży, po której całą grupą ruszymy w pościg za jej sprawcami. Nie wiem jeszcze co się w tej historii wydarzy, ale wiem, że miasto będzie całe w łagodnym słońcu, tak jak tamtego dnia. I że podobną łagodność, jasność i ciepło będzie miał w sobie każdy z nas. I że będzie wesoło, tak jak zawsze bywało.


06.06.2016


.

Inwigilacja w naszej wiosce


Ukośne ściany z równo ułożonych długich gałęzi wspartych na prostej konstrukcji z drewnianych żerdzi, za spoinę mające wysuszoną gliniastą papkę. Chaty w naszej wiosce, to właśnie takie mało szczelne szałasy, a czaty prowadzone w takich chatach bywają bardzo dobrze słyszalne na zewnątrz.

Również niewielkie otwory w pochyłych ścianach, windows pierwszej generacji, przesłaniane błonami z wysuszonych rybich pęcherzy lub bydlęcych jelit, stanowiące dopiero zaczątek prawdziwych okien, nie stwarzają wystarczającej zapory ani przed ciekawskimi uszami, ani przed ciekawskimi oczami.

Życie w naszej globalnej wiosce początku dwudziestego pierwszego wieku, z jej miejscami do czatowania, z jej chatami o przenikalnych ścianach, z systemem okien, którym bardzo daleko do pancernych systemów przyszłości, niczym nie różni się od prymitywnej wiejskiej osady sprzed stu, dwustu, tysiąca czy miliona lat w świecie zwanym realnym.

Nie tylko podsłuchać i podpatrzyć łatwo. Włamanie do wnętrza szałasowej chaty również nie stanowi żadnej trudności. Wystarczy podkraść się w pobliże, żeby bez problemu wykraść nie tylko wypowiadane w nich sekrety mieszkańców, ale również magazynowane w nich osobiste skarby. Tajemnice każdej z nich, nawet tej najlepiej strzeżonej, w każdej chwili z łatwością mogą wycieknąć na zewnątrz, bez konieczności fizycznego wyłamywania czegokolwiek. Wystarczy złamanie kodu zabezpieczeń.

*

Siedzę więc w swoim szałasie zbudowanym na wirtualnym poletku, które dał mi w użytkowanie, albo jakby za darmo, albo nie za darmo, możniejszy ode mnie, bardziej rzutki, jak to od wieków między ludźmi bywa, ryzykant, który wcześniej zdobył i zajął fragment tego naszego nowego świata, tego kiedyś dziewiczego terytorium, zwanego międzysiecią.

Żyję więc na swoim kawałku internetu i opowiadam siebie u siebie, mieląc i młócąc bitami osobistych informacji. Nie podaję otwarcie kim jestem poza siatką połączeń pomiędzy komputerami, poza naszą elektroniczno-informatyczną wioską, ale przecież wiem, że jestem tak samo bezbronna, jak mieszkańcy szałasów z gałęzi sprzed stu, dwustu, tysiąca czy miliona lat. Tak samo jak oni, jestem wystawiona na ryzyko podsłuchu, monitorowania, włamania, których skutki mogę bardzo dotkliwie odczuć również w świecie rzeczywistym.

Właśnie. Czy świat nazywany wirtualnym rzeczywiście jest nierzeczywistością? Czy człowieka, który żyje w tych dwóch wymiarach, można przepołowić? Czy swoją osobą nie łączy tych dwóch światów, nie spaja ich w jedno? Czy sieć osób połączonych siecią komputerów nie jest wartością nadrzędną w stosunku do przepływających między komputerami bitów informacji? Nawet jeśli te osoby kryją się za maskami wymyślonych, a nie nadanych od urodzenia - imion, nazwisk, nazw czy cyfr?

W jaki sposób człowiek przeżywa ten nowy dwoisty świat? Oto dobry wątek do mojej powieści nr 2. Jak jednak opisać ten nowy świat, w jaki sposób literacko opisać internet? Czy w tej mojej chacie z gałęzi, czy w naszej społeczności międzysieci na samym początku rozwoju, czy w tej naszej wiosce może powstać dzieło sztuki? Dzieło sztuki wyższej od funkcjonalnej sztuki społeczności zwanych pierwotnymi? Sztuki wyższej od służącej jedynie prymitywnemu magicznemu oswajaniu obcego świata, nierozpoznanego jeszcze przez lud epoki szałasów? Czy w tych warunkach można stworzyć dzieło sztuki, które potrafi przeniknąć ten nowy świat refleksją wyższą i głębszą? Do takich oto przemyśleń doprowadziła mnie zasłyszana niedawno informacja dotycząca inwigilacji blogerów niniejszego portalu. No cóż, lubię sobie czasem porozmyślać. Homo sapiens, to brzmi dobrze.


28.05.2016


.

O niczym


Nosił się na szaro, tak jak szary był wokół peerel, rozjaśniając jednak nijakość garniturów ciekawymi krawatami, a znawstwo, z jakim je wiązał, nadawało całości ubioru nieoczekiwaną lekkość. Podobnie przemawiał: beznamiętnie, ale zajmująco. Na pewno nie treść jego wystąpień kazała zajmować się nimi, gdyż była w nich prawie nieobecna, jednak słuchaczy szczerym podziwem napełniała monotonna swada, z jaką żonglował słowami i frazami. Potrafił wiązać je nawzajem z taką samą lekkością, z jaką wiązał krawaty. Podczas przemowy umiał jedną myśl, do tego zupełnie nieoryginalną, powtórzyć wielokrotnie, za każdym razem fascynująco frazując na różne sposoby ten sam wypowiadany banał. Pan Szary - tak nazwiemy go na potrzeby tego szkicu – organizował i prowadził szkolenia zawodowe, w których uczestniczyłam jako młoda absolwentka uniwersytetu. Nie dowiedziałam się z tych nauk niczego interesującego na temat dziedziny, w której przyszło mi pracować, ale miło spędziłam tamten czas, bowiem regularne szkolenia organizowane przez Pana Szarego miały najczęściej charakter wyjazdowy, a noclegi i posiłki, jak również program towarzyski, zawsze były zorganizowane na elegancki tip-top.

*

Pewnego pamiętnego pana w garniturze czarnym spotkałam z kolei w życiu tylko raz, na kolei właśnie, a nasza znajomość trwała mniej więcej tyle, ile zajmował przejazd z południa na północ pewnym pospiesznym pociągiem, który stanowił najdłuższe kolejowe połączenie w peerelu połowy lat siedemdziesiątych.

Pan Czarny, jak będziemy go tutaj nazywać, był na pewno w dużo młodszym wieku ode mnie obecnie, ale też w sporo starszym ode mnie ówcześnie. Jednym słowem, wydawał się mieć około czterdzieści lat. Siła wieku.

Nie wiem, gdzie mieszkał, ale wiem, że w ramach skierowania z miejsca swojej pracy przemierzał kraj pociągiem relacji Przemyśl – Kołobrzeg, jadąc z rejonów podgórskich na południu do rejonów nadmorskich na północy. Teraz powiedzielibyśmy, że jechał nad morze w interesach, a może nawet powiedzielibyśmy, że w sprawach biznesowych, wtedy natomiast mówiło się, że był w delegacji.

Tamtego lata, pociągiem rozgrzanym słońcem i wypchanym rodakami udającymi się na wakacje lub z wakacji powracającymi, Pan Czarny podróżował jedynie z elegancką czarną aktówką zawierającą między innymi butelkę dobrego koniaku przeznaczonego do wypicia podczas czekających go służbowych rozmów, a także druczek delegacji, który w miejscu docelowym, na potwierdzenie swojej w nim bytności, należało podbić, czyli postawić lub przybić na nim pieczątkę zakładu pracy lub instytucji, do których zmierzał.

*

Pierwszą myślą, którą narzucała nieskazitelna grafitowa czerń idealnie odprasowanego garnituru, który w ten upalny dzień miał na sobie, garnituru bez jednej fałdki, bez jednego załamania, oraz takiego samego czarnego krawata imponująco prezentującego się na tle nieskazitelnej bieli koszuli, była ta, że oto mamy przed sobą żałobnika podążającego pociągiem na pogrzeb. Jednak elokwentna rozmowność Pana Czarnego szybko wyprowadziła z błędu współpodróżnych, stłoczonych w korytarzu wagonu klasy drugiej, a dokładniej w miejscu, gdzie długi korytarz przechodził w przedsionek sąsiadujący z brudną toaletą wypełniającą korytarz zapachem moczu.

Ze względów praktycznych, na długich trasach, do których niechybnie należała opisywana, stojące miejsce przy toalecie zawsze uważałam za optymalne w ówczesnych zatłoczonych pociągach, jako że podczas długiej podróży dotarcie do ubikacji poprzez ściśle upchany tłum pasażerów stojących jeden przy drugim i wypełniających w ten sposób długi korytarz, czasami bywało po prostu fizycznie niemożliwe. Niewykluczone, że Pan Czarny, jak okazało się podczas podróży, będący człowiekiem nad wyraz praktycznym, wybierał miejsce stania w podobnie przemyślany sposób, chociaż już ubiór, w którym podróżował w tamten letni czas, znacznie różnił się od tego, w czym podróżowała reszta pasażerów.

Ubrana w dżinsy i tiszert, to stojąc prosto, to opierając się o ścianę, albo przysiadając na plecaku ustawionym na podłodze koło nogi, podmęczona pogodą i podróżą, z niedowierzaniem obserwowałam Pana Czarnego: jego dokładnie ogoloną twarz bez śladu potu, proste czarne włosy gładko zaczesane do góry, całego wyświeżonego i rześkiego. Pan Czarny, stojąc niezmiennie koło oszklonych drzwi oddzielających przedsionek z toaletą od reszty korytarza, ani razu nie oparł się o nie. Zdarzało mu się natomiast z zacięciem i swadą sprężyście kierować ruchem pasażerów przeciskających się obok niego tam i z powrotem podczas wędrówki z głębi wagonu do toalety.

*

Bywają spotkania, nawet bardzo krótkie, które pozostawiają w nas trwały ślad. Do takich spotkań w swoim życiu zaliczam tamtą kilkunastogodzinną podróż w towarzystwie Pana Czarnego. Sztuką było zachowanie spokoju, świeżości oraz lekkości w warunkach tak ekstremalnie trudnych, jak podróż pociągiem w peerelu, a której potrafił dokonać mój ówczesny współpasażer.

Co więcej, podczas podróży Pan Czarny zdołał na niewielkiej powierzchni przedsionka sąsiadującego z toaletą dokonać skutecznego wytropienia i aresztowania złodzieja, który ukradł komuś teczkę w całkiem innej części zatłoczonego pociągu, i który jechał z nami, siedząc na tej teczce w harmonijce łączącej wagony. Pan Czarny drogą indukcji doszedł do wniosku, że mężczyzna, który do nas dołączył może być sprawcą kradzieży, o której dowiedzieliśmy się od konduktora. Sprawnie wylegitymował podejrzanego, zatrzymując jego dowód osobisty aż do najbliższej stacji, na której oddał człowieka w ręce patrolu sokistów.

Nie wiem, czym zawodowo zajmował się Pan Czarny, czy podróżował wtedy w delegacji jako na przykład zaopatrzeniowiec, czy wręcz przeciwnie jako pracownik działu zbytu, gdyż szczegółów swojej pracy nam nie podał, ale w czasach gospodarki stałych niedoborów właśnie zaopatrzeniowcy należeli do najbardziej ruchliwych, dziś powiedzielibyśmy mobilnych, pracowników w delegacjach, lecz po tak sprawnej akcji osobistego aresztowania złodzieja, które dzisiaj nazwalibyśmy zatrzymaniem obywatelskim, zastanawiam się, czy nie miał czegoś wspólnego z milicją, w tamtych czasach również nazywaną obywatelską.

*

I tak pan sprzed pół wieku, ubrany w środku lata w grafitowo czarny garnitur, dołącza do potencjalnych postaci mojej potencjalnej powieści nr 2. A co z panem w nijako szarych garniturach, który organizował i prowadził szkolenia zawodowe, w których niedługo potem uczestniczyłam jako młoda absolwentka uniwersytetu? Pan Szary będzie obecny w stylu, w jakim opiszę Pana Czarnego, żonglując słowami i frazami, i pisząc ze swadą o niczym.


06.05.2016


.

Kawa na dzień dobry


Oto prostokąt największy i ostateczny, o charakterze zewnętrznej ramy, a może właściwiej byłoby nazwać go ramką, obramowaniem zamykającym w sobie całość i stanowiącym tej całości granice górną i dolną, a także obie granice boczne, przebiegający zasadniczo pionowo, chociaż wzrokowi na pierwszy rzut oka jawiący się jako poziomy, podzielony na pola mniejsze, czyli na wiele małych pionowych prostokątów jednakowej wielkości, wypełniających wspomniane zewnętrzne obramowanie, w którego górnej części, nad siatką owych małych pionowych pól, umieszczono poziomo kilka innych, tym razem podłużnych, celowo wyróżnionych dla podkreślenia ich specjalnej funkcji.

Obramowanie obejmuje rozległobiałe tło, gęsto pokryte różnorodnymi zmiennymi konfiguracjami, tworzonymi przy pomocy około stu niewielkich czarnych znaków, które zapełniając każdy z małych prostokątów, tych licznych pionowych i tych podłużnych u góry, automatycznie wypełniają sobą prawie cały świetliście rozjarzony największy z nich, ową ramkę czy ramę, zamykającą w sobie całość tej kompozycji w kolorach bieli tła i czerni znaków, z dekoracyjnymi dodatkami w niebieskości, czerwoności i szarości.

Całość zawiera inne jeszcze fragmenty o podobnie regularnych geometrycznych kształtach, ale ponieważ zasadniczy charakter nadaje jej opisana siatka małych prostokątnych pól harmonijnie zorganizowanych w poziome rzędy i pionowe kolumny, dlatego graficzną charakterystykę całości zakończę w tym właśnie miejscu, przechodząc do refleksji nad wnętrzem takiego małego czworoboku umiejscowionego wśród innych o takim samym podstawowym charakterze, różniących się jednak konfiguracjami wypełniających je czarnych znaków, konfiguracjami zmieniającymi się co jakiś czas, co dzień albo co kilka dni, ale też co dni kilkanaście, czy nawet jeszcze rzadziej, a czasami nawet częściej niż codziennie, chociaż inaczej dzieje się z krótkim szeregiem znaków, tym razem w kolorze niebieskim oraz o nieco pogrubionym kroju, szeregiem całkowicie niezmiennym, zawsze takim samym dla danego pola, będącym jego charakterystycznym wyróżnikiem umieszczonym w lewej dolnej części takiej małej równobocznie zorganizowanej powierzchni.

*

Rozpoznaję inność każdego z małych prostokątów, którą zwięźle sygnalizuje stały szereg znaków w jego dolnej części. Z powodu istnienia tych małych prostokątnych płaszczyzn szukam w moim świecie, w moim domu, w moim pokoju tego ciemnego obramowania wypełnionego białoświetlistym tłem, na którym mogę je zobaczyć, a co więcej mogę spotkać się z każdym z nich wchodząc do jego wnętrza, które wtedy rośnie, powiększa się, aż do wypełnienia sobą całości, poza którą jest już tylko okno mojego pokoju wychodzące na śródmiejski park, znajdujący się od ponad stu lat naprzeciwko kamienicy, w której mieszkam.

Powoli na powrót przenoszę wzrok z zieleni parku, z jego kwiecistym centralnym klombem, na biurko po mojej stronie okna, na świetlisty czworobok stojący na nim, tuż przed moimi oczyma. Jesteśmy sam na sam, ja i on wypełniony czyimiś indywidualnymi myślami, które moja myśl rozpoznaje, z którymi moja myśl może zgadzać się lub nie, ale które zawsze dają do myślenia, jeśli nie o szerokim świecie, którego cząstkę spostrzegam przez okno pokoju wychodzące na park, to na pewno o tym, na co patrzę poprzez małe prostokątne okno prowadzące w głąb tego jedynego w swoim rodzaju równoległoboku dającego do myślenia o wnętrzu, w którym jestem. Czytam jego myśli i myślę o nim - dobrze albo nie za dobrze, a nawet może całkiem źle. Czasami zdarza mi się poinformować go poprzez system czarnych znaków, które umieszczam na jego powierzchni, na jego polu, na jego terytorium: - Czytam cię.

Czytam myśli bytów zamkniętych w geometrycznych kształtach, studiuję inność każdego z nich, wyczuwam temperament, rozpoznaję charakter, staram się domyślać życia, jakim każdy z nich żyje poza białą świetlistością prostokątnej powierzchni, przed którą gdzieś zasiada tak, jak tutaj ja, i w którą czasami wpatruje się tak, jak teraz ja. Zróżnicowane konfiguracje małych czarnych znaków uszeregowanych jeden za drugim, a potem w poziomych liniach, biegnących jedna pod drugą, wypełniając każde takie indywidualne pole komunikują mi, kim każde z nich może być, czym każde z nich może żyć, co każdemu z nich może grać w duszy zamkniętej w równobocznej kompozycji. Dlatego nie mówię, że czytam co napisałeś czy napisałaś, ale że czytam - ciebie.

*

Siebie tutaj piszę również, wypełniam sobą swoje prostokątne terytorium, pozwalam tobie czytać mnie, kiedykolwiek zechcesz, chociaż wiem, że kawa poranna najbardziej sprzyja takiej lekturze. Szeregi czarnych umownych znaków ułożonych w szeregi umownych słów, z których następnie buduję ciągi zdań, wypełniając swoimi myślami prostokąt, którym tutaj jestem, tym jedynym, oznaczonym odpowiednio uporządkowanym stałym szeregiem niezmiennie zbudowanym z tych samych jedenastu znaków wybranych ze zbioru tradycyjnie nazywanego alfabetem, a kiedyś nawet abecadłem: prowincjałka.

Nie wiem, kto mnie czyta, chociaż o tobie już wiem, że lubisz mnie czytać przy porannej kawie. Każda twoja obecność zostawia ślad, który z kolei ja odczytuję, i z którego mogę domyślić się, że odwiedziłeś lub odwiedziłaś mnie przy kawie porannej wypijanej, jak sobie wyobrażam, a czasami wręcz wiem, w domu, albo w pracy, albo w szybkiej kafejce, a może gdzieś w drodze, w pociągu lub autobusie, na przykład takich, w których nie można zamówić żadnego napoju. Wiem, że najbardziej mogę smakować z poranną kawą, ale ukryta w swoim prostokącie nie zawsze pojawiam się tutaj o tej właśnie porannej porze, ponieważ zakładam, że ktoś może wolałby przeczytać mnie u schyłku dnia, przy wieczornej filiżance herbaty, lampce koniaku, czy kubku ziółek zaparzonych na dobranoc.

*

Szereg stałych znaków zaczerpniętych z alfabetu, którymi podpisywała swoją obecność, układał się w inne słowo, ale ja na potrzeby mojej powieści nr 2, którą na swoim równobocznym polu wytrwale tutaj układam ze znaków i myśli, nazwę ją - Stellą. Inny prostokąt, który Stellę zamorduje, a może jedynie uprowadzi i uwięzi, będzie nosił imię - Andrzej, chociaż tutaj identyfikuje go całkiem inny szereg znaków, niekoniecznie będących elementami alfabetu.

Jako uważna czytelniczka prostokątnych pól, zauważę dłuższe milczenie jednego z nich, zazwyczaj bardzo rozmownego, i kiedy nieobecność Stelli będzie niepokojąco przedłużać się, przypomnę sobie i odtworzę rozmowy, które Andrzej tutaj toczył ze Stellą, co nie będzie trudne, gdyż nasze czworokątne i czworoboczne powierzchnie wypełnione przestrzennie myślami ujętymi w ciągi czarnych znaków nie giną. I nabiorę podejrzeń co do losu Stelli oraz co do udziału Andrzeja w tym losie, a swoją o tym opowieść zacznę tak: Oto prostokąt największy i ostateczny, o charakterze zewnętrznej ramy, a może właściwiej byłoby nazwać ją ramką, obramowaniem zamykającym w sobie całość i stanowiącym tej całości granice górną i dolną, a także obie granice boczne.


24.03.2016


.

Po prostu


Nie wiem, czy zacząć od recytacji poezji, czy od twarożku. Chronologicznie rzecz ujmując, należałoby zacząć od poezji. Jednak jeśli trzymać się jeszcze bardziej ścisłej chronologii, powinnam zacząć od narodu białoruskiego, którego prawdę powiedziawszy nie było, kiedy na początku dwudziestego wieku, na terenie obecnego białoruskiego państwa, podówczas będącego częścią rosyjskiego zaboru dawnych ziem pierwszej rzeczpospolitej, przyszła na świat moja mama.

*

Pod rządami drugiej rzeczpospolitej, a więc nieco później, na terenie obecnego białoruskiego państwa, zamieszkująca tam ówcześnie moja mama również nie zauważała żadnego białoruskiego narodu. - Jaki białoruski naród? - mówiła - Przecież, kiedy tych ludzi, na przykład miejscowych chłopów, pytano jakiej są narodowości, nie wiedzieli o co chodzi. Mówili jedynie, że są tutejsi. A jak spytało się, jakim językiem się posługują, mówili, że mówią - po prostu.

Zapamiętałam to tamtejsze po prostu, słuchając opowieści mamy, już po drugiej światowej wojnie i po przesiedleniu na teren rzeczpospolitej zwanej ludową, w której terytorialnych i czasowych ramach przyszłam na świat, i która nie obejmowała już kresowych rodzinnych stron moich obojga rodziców, które w przypadku ojca leżą obecnie na terenie państwa ukraińskiego - dla odmiany. Uważałam i uważam tamto białoruskie po prostu za dość prymitywny, przed-narodowy stan świadomości społecznej, ale jednocześnie z latami zaczęłam doceniać pojmowanie rzeczy po prostu, wynikające z życiowego doświadczenia, duchowo wznoszącego człowieka wyżej, ponad bolesną złożoność rzeczywistości.

W tym miejscu pojawia się wspomniana sprawa poezji, która olśnieniem przyszła do mnie chronologicznie później. Nie chodziło o samą poezję, ale jej werbalną prezentację, która w moim odczuciu powinna przebiegać bardzo po prostu - bez aktorstwa czy egzaltacji, bez sztafażu scenografii, bez białych dziewczęcych bluzeczek czy chłopięcych białych koszul, z kołnierzykami ozdabianymi czarnymi aksamitkami zawiązanymi na kształt kokardek, które pamiętam z dawnych szkolnych popisów recytatorskich. Uważam również, że nie ma potrzeby uczyć się wiersza na pamięć, że wystarczy odczytać tekst z kartki - widocznej, nieukrytej, oczywistej, nawet nieco pomiętej. Wyjść na scenę, przed słuchaczy, albo umiejscowić się w jakimś innym punkcie, a następnie wiersz ze zrozumieniem głośno wypowiedzieć - po prostu.

*

Tak też wierzyć i modlić się należy, ponieważ sam Bóg jest prosty, chociaż nasze wyobrażenia o Nim - już nie. Żyć należy starać się w sposób podobnie prosty: tak należy pracować i tak odpoczywać, tak radować się i tak smucić. Odżywiać się, kochać, czy biesiadować - tak samo [Elvis]. Pisać również tak należy - po prostu. Co staram się czynić w swoich tekstach, również w powieści nr 2, życiowo zachęcana tymi zalecaniami benedyktyńskiej reguły:

O pokorze: „Tak więc, bracia, jeżeli chcemy osiągnąć szczyt wielkiej pokory i jeśli chcemy szybko dojść do tego wywyższenia w niebie, do którego dochodzi się przez uniżenie w życiu ziemskim, musimy wstępując do góry po stopniach naszych czynów wznieść ową drabinę, która ukazała się we śnie Jakubowi. Na niej to widział on zstępujących i wstępujących aniołów. Nie ulega wątpliwości, że to zstępowanie i wstępowanie oznacza po prostu, iż wynosząc się schodzimy w dół, wstępujemy natomiast ku górze przez pokorę.” (Reguła 7, 5-7)

Ile psalmów należy odmawiać w godzinach nocnych: „W określonym wyżej czasie zimy najpierw należy trzy razy powtórzyć werset: Panie otwórz wargi moje, a usta moje będą głosić Twoją chwałę; a następnie dodać psalm i Chwała Ojcu; po nim psalm 94 odśpiewany z antyfoną, albo po prostu.” (Reguła 9, 1-3).

O klasztornym oratorium: „A jeśli też kiedy indziej ktoś zechce modlić się w samotności, niech wejdzie po prostu i niech się modli, nie na cały głos, lecz ze łzami i z głębi serca.” (Reguła 52, 4)

O ofiarowywanych przez rodziców synach ludzi możnych i ludzi ubogich: „W podobny sposób niech postępują także ludzie ubożsi. Kto zaś w ogóle niczego nie posiada, niech po prostu napisze prośbę i wraz z darem ofiaruje syna w obecności świadków.” (Reguła 59, 7-8)

Jak należy przyjmować obcych mnichów: „Jeśli przybywa obcy mnich z dalekich okolic i chce jako gość mieszkać w klasztorze, a spodobają mu się miejscowe zwyczaje i nie będzie wnosił do klasztoru niepokoju przez swoje nadmierne wymagania, ale zadowoli się po prostu tym, co zastanie, można go przyjąć na tak długo, jak tego pragnie.” (Reguła 61, 1-3)

*

Nie zaczęłam od twarożku, ale na twarożku zakończę. Widziałam w pewnym supermarkecie serię wyrobów nabiałowych sprzedawanych jako benedyktyńskie produkty klasztorne i ochrzczonych bardzo benedyktyńskimi nazwami: „po prostu twarożek”, „po prostu masło”, „po prostu śmietana”. Pomimo sympatii dla benedyktynizmu [Stabilitas], a może właśnie z powodu tej sympatii, nie spróbowałam tych franczyzowanych specjałów, bo nie wierzę, że są wytwarzane w sposób tak prosty, jak nakazywałaby cytowana wyżej reguła. Po prostu.


27.01.2016


.

Z pionowej perspektywy


Zacznę od spowiedzi, podczas której spowiednik uciekł z konfesjonału. Konfesjonał był solidny, taki typu szafa, i znajdował się w jednym z najważniejszych katolickich sanktuariów w naszym kraju. Spowiednikiem był miejscowy zakonnik, penitentką byłam zamiejscowa ja, a rzecz działa się dziesięć lat temu.

*

Dwadzieścia lat wcześniej, w tym samym miejscu, ale nie w tym samym konfesjonale, u innego tamtejszego zakonnika, spowiadałam się z całego dotychczasowego życia, a spowiedź, obok sakramentalnej łaski odpuszczenia grzechów, przyniosła również błogosławione utwierdzenie na duchowej drodze, którą zmierzałam - tej już przebytej, i tej znajdującej się przede mną.

Teraz, wraz z kolejnym nawróceniem, moje życie z jednej strony uprościło się, ale z drugiej strony objawiło mi się w całej swojej złożoności. Nie byłam więc w stanie wykrzesać z siebie spowiedzi linearnej, chronologicznie rozwijającej temat za tematem. Różne wątki życia bogatego w bolesne doświadczenia były ściśle splątane, a ja widziałam je z pionowej perspektywy, na kształt mapy ukazującej plątaninę dróg - z lotu ptaka, z lotu gołębicy.

Każdy przywołany fakt pociągał za sobą parę następnych, łączących się nawzajem w sposób mi wiadomy, ale trudny do przekazania drugiej osobie. Sądzę, że wprowadziłam spowiednika do labiryntu z koszmarnego snu, z którego nie widać wyjścia, a jedyną szansą ratunku jest szybkie przebudzenie. Pewnie dlatego przerwał mi, szybko udzielił rozgrzeszenia i wybiegł z konfesjonału, nie czekając na moją reakcję, obawiając się zapewne, że będę próbowała zatrzymać go, żeby swoje życie rozłożone na czynniki pierwsze opowiadać dalej. Niewykluczone również, że uznał mnie za psychicznie chorą.

Reakcję zakonnika przyjęłam bardzo spokojnie: jeszcze jedno dziwne zdarzenie w moim dziwnym życiu. Powoli wyszłam z szafy, napotykając przerażony wzrok mężczyzny oczekującego na zewnątrz na spowiedź. Mój spowiednik czaił się za jednym z dalszych filarów potężnej bazyliki, obserwując konfesjonał. Kiedy mnie zobaczył, zakasał habit i pobiegł dalej, w stronę swojej kryjówki w klauzurze, co wyglądało jakby zapraszał mnie do zabawy w berka. Spokojnie przeszłam do głównej nawy, upadłam w ławce na kolana, i zagłębiłam się w modlitwie, po raz kolejny godząc się, że teraz już tak będzie: tylko ja i Bóg. Jeden na jeden - pokarm dorosłych.

*

Zaczęłam od spowiedzi, zakończę na powieści. Nie tej nr 2, do której zbieram materiały, ale tej wcześniejszej, która przyszła do mnie sama, z gotowym tytułem - „W bramie” - i która jak na razie zamknęła się w jednym krótkim pierwszym akapicie. Zarys jej mapy widzę z lotu ptaka, a wertykalna perspektywa spojrzenia wyraźnie odbiła się na jej rozpoczęciu, podobnie jak pionowość spojrzenia na moje życie odbiła się na opisanej spowiedzi. Strach pomyśleć, jak będą uciekać od niej czytelnicy, jeśli kiedykolwiek wyjdę poza poniższe cztery zdania i spróbuję opowiedzieć całą historię!

„Tamten mężczyzna nadal wchodzi do tej bramy. Tamten, odległy w czasie, ponieważ brama nadal jest tutaj, ale mężczyzny dawno tutaj nie ma. Na dobrą sprawę nigdy go nie było, jeśli nie liczyć innego, który kiedyś towarzyszył agonii ojca kobiety, która teraz w mieszkaniu nad bramą zaczyna spisywać życie człowieka, którego na dobrą sprawę nie było. Kiedy opisywana historia zaczęła dziać się, jej również nie było, przez co łatwiej mogła wyobrazić sobie wtedy tęsknotę Tamtego, który w myślach Piszącej nadal wchodzi do bramy domu.”


03.05.2015


.

Duszne klimaty


Podczas pewnej rozmowy, prowadzonej w języku angielskim, spytano mnie, skąd mam taki ładny filadelfijski akcent,  na co zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie wiem, i że nigdy nie byłam w pobliżu tego miasta, ani nawet nie widziałam znanego filmu z jego nazwą w tytule. Zaintrygowana zainteresowałam się wspomnianym regionalnym wariantem amerykańskiej angielszczyzny, ku własnemu rozbawieniu, gdyż dotąd byłam przekonana, że mówię z akcentem brytyjskim, który ćwierć wieku wcześniej, podczas innej rozmowy, określono nawet mianem oksfordzkiego. Gdzie Oxford, gdzie Filadelfia - gdzie Atlantyk między nimi.

Znajomy anglista, przy pomocy którego postanowiłam rozwiązać zagadkę swojego aktualnego akcentu, powiedział, że podobno w okolicach Filadelfii przetrwała angielszczyzna siedemnastowieczna, którą posługiwali się ówcześni brytyjscy koloniści, a mnie od razu zrobiło się miło, że moje spontaniczne zamiłowanie do językowych staroci obejmuje nie tylko mowę ojczystą, w której mam zauważalną tendencję do posługiwania się językiem nie sięgającym być może wieku siedemnastego, ale jednak nie najnowocześniejszym, czego przykładem może być słowo duszny w jego przestarzałym znaczeniu duchowy lub psychiczny, którego właśnie użyłam w tytule notki poświęconej duchom.

O duchach pisałam lub wspominałam - kilkakrotnie. Sztandarowym tekstem w tym względzie pozostaje bezkonkurencyjny [Czesiek], ale w innych tekstach różne duchy również mają swój udział, na przykład duch mojego ciotecznego dziadka Iwana [Ciamcialamcia], czy duch pewnej nieszczęśliwie zakochanej wiejskiej nauczycielki [Taki pejzaż]. Co prawda bardziej interesują mnie dusze niż duchy (rozumiane jako zjawy), ale cóż mogę poradzić na to, że - w sposób niezależny ode mnie - zjawiły się one kiedyś w historiach, które tutaj opowiadam. Prawdę powiedziawszy, duchy (rozumiane jako różne od ludzi, wyłącznie duchowe istoty, czyli anioły lub demony) również pojawiły się w jednym z moich tekstów [Czasami upadam], ponieważ wcześniej zrobiły to samo w opowiadanych tam historiach, a ja piszę prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, gdyż niczego innego pisać nie potrafię.

*

- Czy wiesz, że masz w domu ducha? - spytała znajoma goszcząca u mnie po raz pierwszy, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć, ponieważ duch Cześka, jak mi się wydawało, dom mój opuścił jeszcze przed moim narodzeniem. Od słowa do słowa okazało się, że moja znajoma sama z siebie, bez żadnych specjalnych zabiegów, słuchowo doświadcza obecności duchów, co – będąc osobą poważną – skonsultowała swego czasu z uznanym kościelnym egzorcystą. Jednym słowem, moja znajoma – słyszy duchy. Duch, który przemówił do niej w mojej łazience, kiedy wyciągnęła rękę po jeden ze stojących na półce wacików do czyszczenia uszu, odezwał się kobiecym głosem, przyjaznym i nieco rozbawionym: - Widzę, co robisz!

Ciekawe, z czego wynikało rozbawienie w głosie ducha. Być może z pogody ducha, którym odznaczała się za życia moja mama, bo najprawdopodobniej właśnie jej obecności doświadczyła moja znajoma podczas wieczornej toalety. Nigdy duchów nie wywoływałam, ale tego ducha chyba jednak przywołałam jakiś czas przed opisanym zdarzeniem, prosząc moją nieżyjącą mamę, żeby przypilnowała obecnie mojego, a kiedyś swojego mieszkania, ponieważ czułam się w nim osaczona przez wścibskość pewnej osoby, o której nie będę tutaj pisać.

Osoba, o której nie chcę pisać, za życia mojej mamy jej również dawała się we znaki. Prosząc mamę o pomoc wiedziałam, że ona sama będzie doskonale wiedziała, co zrobić, jednak zdecydowałam się na wyrażenie pewnej sugestii: - Najlepiej jej się pokaż! - poradziłam bezlitośnie. Czy pokazała się osobie, o której nie będę tutaj pisać - nie wiem. Nie wiem również, dlaczego audialnie objawiła się mojemu miłemu gościowi, do którego dyspozycji stało całe mieszkanie, a więc również moje waciki do uszu.

*

Przy innej okazji znajoma od duchów próbowała pomóc mi w wyjaśnieniu przypadku pojawiania się innej postaci, którą dość regularnie widywała na mojej klatce schodowej udająca się do mnie schodami pewna klientka. Kilka razy, stojąc u podnóża wysokich schodów, widziała na półpiętrze mężczyznę w płaszczu i kapeluszu, który to mężczyzna znikał, gdy ona do tego półpiętra dochodziła.

Ciekawe, dlaczego znajoma od duchów spytała, czy mój zmarły ojciec nosił kapelusz. Nosił - kapelusze, czapki z daszkiem, czasami berety. Dlaczego jednak miałby stać na tym półpiętrze i pokazywać się nieznanej zapewne osobie? A może - z własnej inicjatywy - pilnował wejścia do mojego mieszkania, znajdującego się tuż-tuż, na piętrze?

Nie wiem, jak to jest z odczuwalną obecnością zmarłych osób, ale skoro modlimy się o wieczny dla niech odpoczynek, to nie powinniśmy tego odpoczynku naruszać. Tak więc uznałam przywoływanie na pomoc zmarłej mamy za niewłaściwe i odwołałam swoje wcześniejsze prośby, a za jej duszę odmówiłam stosowną modlitwę. Sama będę sobie radzić ze wścibstwem osoby, o której tutaj nie napiszę.

*

Czy do swojej powieści nr 2 wprowadzę duszne klimaty? A cóż tutaj wprowadzać, skoro duchy same już się do niej wprowadziły. Wszystko natomiast opiszę swoją nie najnowocześniejszą, pełną długich zdań polszczyzną, która jednak ma szansę znaleźć amatorów, skoro prozę takiego żyjącego sto lat temu Anatola France'a ceniła w swojej młodości moja bardzo żywotna, obdarzona dużym temperamentem, ówczesna przyjaciółka, a ceniła ją głównie - jak mówiła - za powolną narrację i rozwlekły styl. A swoją drogą, kto dziś pamięta, czyta i wydaje noblistę France'a, powszechnie uznawanego za literackiego geniusza swojej - nie tak odległej - epoki? Nie inaczej pewnie będzie z moją powieścią nr 2, nawet jeśli napiszę ją po filadelfijsku.


27.04.2015


.

Dajcie się pośmiać


Postanowiłam, że kolejna notka będzie o śmiechu, i że będzie sama w sobie śmieszna, a tymczasem zrobiło mi się wcale nie do śmiechu. Znajomi mają poważne kłopoty, ja nie czuję się najlepiej, wieści ze świata nie są krzepiące, a stan mojego państwa, ujawniający się szczególnie ostro w roku podwójnie wyborczym, również przygnębia.

*

Myśląc o przyszłej notce, tradycyjnie o interesującym mnie zagadnieniu pomyślałam w perspektywie szerszej, bo aż eschatologicznej. Czy po tamtej stronie śmierci będzie istniał śmiech? Czy Pan Bóg ma poczucie humoru, czy śmieje się czasami? Z moich obserwacji wynikałoby, że Bóg na pewno jest osobą pogodną. Nie wiem, czy interesuje go opowiadanie kawałów, jednak zabawne historyjki z dobrą puentą pewnie lubi. Nie mam natomiast wątpliwości, że bardzo dobrze wychwytuje różne odcienie humoru sytuacyjnego i słownego, o czym mogłam przekonać się osobiście po swoim kolejnym nawróceniu.

Chociaż moje drugie zafascynowanie Bogiem przeżywałam jako osoba prawie pięćdziesięcioletnia, czułam się jednak jak zakochana po uszy nastolatka. Ponieważ nie brak mi poczucia humoru, co przejawia się również sporą dozą autoironii, fruwając tak ponad ziemią, rzuciłam któregoś dnia, śmiejąc się sama z siebie, w stronę nieba: - Boże, przecież ja jestem stara! - Rozbawiona odpowiedź przyszła natychmiast: - Ja jestem starszy!

*

Śmiesznych incydentów w swoim życiu doświadczyłam wiele - niektóre z nich przy różnych okazjach opisałam na tym blogu. Zdarzyło mi się również uczestniczyć w śmiechu zbiorowym, trwającym dobrych parę dni, kiedy trzydzieści lat temu przypadkowe cztery osoby, zamieszkujące we wspólnym pokoju podczas dwutygodniowego szkolenia, cały wolny od zajęć czas spędzały wyciągnięte na łóżkach, prowadząc niekończące się rozmowy, takie od słowa do słowa, wywołujące tak gromkie salwy śmiechu, że zaalarmowani sąsiedzi zaglądali - zapewne zazdrośnie - do naszego pokoju.

Zdarzyło mi się również pewnego razu po pewnej imieninowej imprezie zostać w grupie czterech innych pań, w której przed pożegnaniem odbyłyśmy niekrótką, również taką od słowa do słowa, iskrzącą się humorem, dyskusję na temat noszenia barchanowych majtek. Nigdy przedtem nie podejrzewałam, że majtkowy problem można ująć tak wszechstronnie. Nigdy potem nie miałam jednak okazji przekonać się, czy inne tematy można w tym gronie dyskutować równie perliście, ponieważ z pewnych względów przestałam bywać na tych imieninowych imprezach. Trochę szkoda, gdyż nagranie i opublikowanie takich rozmów dawałoby szansę na internetowy hit.

*

Dobre kawały też mnie śmieszą, ale raczej nie zapamiętuję ich. Z dawniejszych czasów zachowałam jednak w pamięci kanon kilku dowcipów, które czasami przywołuję w rozmowie jako ilustrację tego czy owego zagadnienia, na przykład jako egzemplifikację (używam tego trudnego terminu, aby uniknąć powtórzenia słowa przykład) różnic w narodowym poczuciu humoru.

Do jednego z lepszych dowcipów tego rodzaju przez wiele lat zaliczałam ten, jak to Anglik i Francuz wędrowali brzegiem rzeki, i jak podczas wędrówki spotkali siedzącą na brzegu piękną kobietę, trzymającą w ręce zarzuconą do wody wędkę, i jak spytali ją, co robi, a ona odpowiedziała, że łowi ryby na przynętę, na co Francuz zauważył, że przecież na przynęcie to ona siedzi, i poszli dalej, a Anglik po pół godzinie zwrócił się do Francuza, skąd wiedział, że ta kobieta miała robaki.

Ponieważ sporo osób odbierało opisany dowcip jako mało wyszukany, zaczęłam powątpiewać, jeśli nie w swój własny gust, to w swój wybór egzemplifikacji angielskiego poczucia humoru, które zasadniczo jest mi dość bliskie.

*

Gusty nie podlegają dyskusji, jak wiemy, niemniej zgodzimy się, że są bardzo różne i różni ludzie z różnych rzeczy się śmieją [Żarcik]. Może dlatego Biblia nie zawiera dowcipów, gdyż jej przesłanie ma być uniwersalne. Poza tym, mój ulubiony biblijny Kohelet naucza, że „serce mędrców jest w domu żałoby, a serce głupców w domu wesela” (Koh 7,4), o czym przypomniałam sobie przed przystąpieniem do pisania niniejszego tekstu, w kontekście znajomych, którzy mają kłopoty, w kontekście mojego nie najlepszego samopoczucia, w kontekście niewesołych wieści ze świata oraz przygnębiającego stanu mojego państwa.

Ważniejsze od rozśmieszania ludzi jest ich fizyczne, materialne, moralne, duchowe wspieranie w trudach życia. Śmiech daje chwilowe odprężenie. Wsparcie - z uśmiechem (nie - śmiechem) na twarzy - dodaje sił i wzmacnia fundamenty egzystencji. Jednak ten sam Kohelet w innym miejscu nawołuje również do radości - do dobrej radości: „W weselu chleb swój spożywaj i w radości pij swoje wino! Bo już ma upodobanie Bóg w twoich czynach. Każdego czasu niech szaty twe będą białe, olejku też niechaj na głowę twoją nie zabraknie!” (Koh 9, 7-8)

*

Innymi słowy: jest czas śmiechu i jest czas powagi. W czasie powagi, kiedy zupełnie nie jest nam do śmiechu, możemy jednak świadomie praktykować samą czynność śmiechu, traktując ją jako gimnastyczne ćwiczenie przepony brzusznej, wymyślone w latach 1990-tych i nazwane umownie jogą śmiechu. Być może takie właśnie zastosowanie śmiechu miała na myśli pewna nieznajoma dziewczyna, która już dwie dekady wcześniej, w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy byłam na studiach [Nie ma nic], podeszła na uczelni do naszej roześmianej grupy, wcisnęła się w nasz krąg i poprosiła: - Dajcie się pośmiać! - Obiecuję więc: w mojej powieści nr 2 - będę również dawała się pośmiać.


24.04.2015


.